Jak bardzo drobny mieszczanin?

Miałem wątpliwości, czy niniejszy artykuł zaliczyć do kategorii „Humor” czy „Czasy wojenne i powojenne”. Prezentuje on bardzo krytyczną reakcję redaktorki (redaktorek?) czasopisma literackiego „Wieś” na wiersz Juliana Tuwima „Ab Urbe Condita” (czyli „od założenia Miasta” – nawiązanie do dzieła Liwiusza). Wiersz ten stanowi nieco egzaltowaną refleksję na temat odradzającego się życia w zburzonej przez Niemców Warszawie. Charakter dziełka bardziej sugeruje pokrewieństwo z „Jarmarkiem rymów”, niż z jakimś tomikiem poezji, ale przyjęta forma jest – co wyjątkowe w tych czasach u Tuwima – bardzo nowoczesna i wygląda przyzwoicie. Jedynie końcówka jest już nieco zbyt socrealistyczna, ale poeta w tym czasie był entuzjastą nowych porządków, więc nie ma się co dziwić. Dziwna jest za to treść wspomnianej recenzji. Na początku jednak przeczytajmy utwór, żeby wiedzieć o czym mówimy:
AB URBE CONDITA
Zaraz nazajutrz, tj:
Dnia Osiemnastego Stycznia roku Tysiąc Dziewięćset Czterdziestego Piątego,
Kiedy skwierczące miasto
Dogorywało, jak ofiarna jałowica na religijnym stosie
I tylko drgawkami kończyn świadczyło o życiu,
Które było śmiercią,
I dyszało, konając, czadem spalenizny,
Jak sierść całopalnego zwierzęcia;
I kiedy po drabinach dymu
Już się w niebiosa wspinała Warszawa,
Aby dalekim prapokoleniom
Na wysokościach
Zaświecić kiedyś mitem astralnym,
Ognistą legendą,
A tutaj zostać wygasłym kraterem,
Kraterem wulkanu do dna wykrwawionym –
Dnia Osiemnastego Stycznia roku Tysiąc Dziewięćset Czterdziestego Piątego,
Na rogu Ruin i Kresu,
Na rogu Gruzów i Śmierci,
Na rogu Zwalisk i Zgrozy,
Na rogu Marszałkowskiej i Jerozolimskiej,
Co padły sobie w płonące objęcia,
Żegnając się na zawsze, całując płomiennie –
Zjawiła się pękata warszawska babina,
Nieśmiertelna paniusia z chusteczką na głowie,
Postawiła, dnem do góry, skrzynkę na rumach,
Podparła ją – meteorem: jakimś szczątkiem Miasta
I zawołała nieśmiertelnym tonem:
„Do chierbaty, do chierbaty,
Do świeżego ciasta!”Nie widziałem jej, ale widzę:
Łzy się toczą
Z jej – mimo wszystko – uśmiechniętych oczu.Mogła się zjawić Niobą-Żałobą,
Furią wieszczącą, panią Hiobową,
Rachelą, dzieci swoje płaczącą –
I też by jej uwierzono.Mogła przyfrunąć wiedźmą na mietle
Czy upiorzycą w krwawiącym świetle
Dnia zgliszczowego –
I też by jej uwierzono.Mogła – bajeczna Wielka Piotrzyca –
W patos jambiczny zestroić słowa,
Że nowy wstanie gród z rumowisk
„Na złość dufnemu sąsiadowi” –
I też by była prawdziwa…Mogła stanąć na skrzynce wzniosłym monumentem,
Upozować się pięknie i zadeklamować:
„Per me se va nella citta dolente” –
I nikt by się nie zdziwił.Ach, mogła wreszcie, Klio nie Klio,
Liwiusz w spódnicy,
Siąść na kamieniach wymarłej stolicy
I byle gwoździem na byle cegle
Wyskrobać tytuł:
„Od założenia miasta” – – –
Ale ona – inaczej:
„Do chierbaty, do chierbaty,
Do świeżego ciasta!”
Założycielko! Pionierko! Muzo!
Dziś – stuk i łomot w całej Warszawie
Ku twojej sławie!Dziś każdy murarz każdą nową cegłą
Pomnik twój wznosi!
I cała Polska – paniusiu! paniusiu! –
Wieczność twą głosi.
Woła gdyński port
– sława!
Wołają warsztaty łódzkie
– sława!
Śląskie kopalnie i huty
– sława!
Wrocław – miasto wojewódzkie
– sława! sława!
Szczecin – miasto wojewódzkie
– sława! sława!
Sława królowej w koronie ruin,
Której na imię po prostu: Warszawa!
Gdyby wyciąć „produkcyjną” końcówkę, wybrzmiałoby to lepiej, ale nie ma co narzekać. Wojna się skończyła i cieszą każde przejawy odradzającej się normalności. Czego tu można nie zrozumieć? Ano można. Poniżej recenzja pióra Genowefy Szturchaniec (to pseudonim używany przez dwójkę znanych w późniejszych czasach literaturoznawczyń), umieszczona we „Wsi” z roku 1949 nr 5:
„SKAMANDER” REDIVIVUS?
Mniej więcej 30 lat temu w endeckich kręgach Warszawy wrzało. Późniejsi Skamandryci robili „rewolucję”. Z estrady „Picadora” padały słowa grzmiące i groźne. Pamiętano wczesny skandal wokół „Wiosny” Tuwima. Konfiskata pierwszego nakładu „groźnej” „Czarnej wiosny” Słonimskiego – przemyconej zresztą bez większych skrótów w tomiku „Parada” (1920) – stała się głośna dzięki skamandryckim atakom na cenzurę. Wystąpienia młodych poetów uzyskały dzięki zgodnej akcji klerykalno-endeckich pisemek nalepkę „komuny” i „bolszewizmu”.
Legenda ta wymagałaby niewątpliwie rewizji.
Ówczesna sytuacja społeczna Polski każe zlokalizować ten „rewolucjonizm” bynajmniej nie na istotnej lewicy układu sił politycznych. W rewolucyjnej atmosferze lat 1918-23 radykalizacja pewnych grup inteligencji mieszczańskiej wydawała się niewątpliwą. W Polsce „światoburcze” żywioły inteligenckie prócz haseł antywojennych głosiły zasady reform, skierowanego przeciw nadużyciom wielkiego kapitału. Aprobata państwowości polskiej i walka z nadużyciami – to istota politycznej marszruty „Skamandra”. Sojusz z ruchem robotniczym był pozorny. Skamandryci nie byli w stanie dostrzec we właściwych wymiarach proletariatu i jego walki. Dynamikę rewolucyjną dorobili drobnomieszczaństwu. Upatrywano ją w nienawiści tzw. „niższych sfer”, systematycznie upokarzanych niedostępnością stopy życiowej bogatego mieszczaństwa:
Ta gorycz wzbiera u fryzjera,
przed którym dama się rozbiera,
patrząc na niego jak na mebel…pisał Antoni Słonimski.
Kierunek dynamiki rewolucyjnej w twórczości Skamandrytów wyznaczały więc psychologistycznie pojmowane kompensacyjne dążenia drobnomieszczaństwa i protest przeciw konwenansowi obyczajowemu. Dążnościom tym patronowały echa Wielkiej Rewolucji Francuskiej i kostiumologia burżuazyjnej walki o wolność. W takich wymiarach dostrzegali Skamandryci rewolucję społeczną. Termin „lud” w poezji ich znaczył tyle, co drobnomieszczaństwo i lumpenburżuazja.
Drobnomieszczanin przez furtkę rewolucji wszedł do poezji „Skamandra”, by nie opuścić jej już do ostatka. Stał się organizującą siłą poezji Skamandrytów, najtrwalej jednak zadomowił się w twórczości Tuwima.
Męczeńskie życie drobnomieszczanina dostarczyło schematu losu ludzkiego większości wczesnych wierszy Tuwima. Tragedia Płaksinów, tęsknota do małego miasteczka, typ sentymentalnej erotyki wspomnieniowej – to indywidualny wyraz drobnomieszczańskiego adresu poezji Skamandrytów.
W późniejszym okresie twórczości Tuwima – w epoce jego ewolucji w kierunku izolacjonizmu społecznego, w kierunku ekskluzywnej poezji „zieleni” – elementy krytyki mieszczaństwa („Straszni mieszczanie…”) współistnieją z dawnym chwytem widzenia chaosu świata w kategoriach pojęć fryzjera. Nie darmo Teodor Bujnicki sparodiował trafnie tytuł „Biblii cygańskiej” – była to istotnie „biblia mieszczańska” wielkiego poety.
Powojenna twórczość Tuwima, treść zapowiedzianego nowego tomu wierszy stanowi dotychczas tajemnicę. Milczenie swe przerwał Tuwim publikując w 3 (216) numerze „Odrodzenia” wiersz pt. „Ab urbe condita”.
Założycielko! Pionierko! Muzo!
Dziś – stuk i łomot w całej Warszawie
Ku twojej sławie!
Dziś każdy murarz każdą nową cegłą
Pomnik twój wznosi! –grzmi dytyramb ku czci człowieka Odbudowy, adresowany jednak po staremu do warszawskiej paniusi…
Bo społeczna przekupka jest tu przecież, jak za dobrych czasów Kilińskiego, symbolem bohaterskiego „ludu” Warszawy. Okrzyk „do chierbaty, do świeżego ciasta” wieńczy niestety u poety rewolucję 1944-5 roku. Niegdyś chcieli Skamandryci przy dźwiękach Marsylianki reżyserować swą rewolucję społeczną z r. 1918.
Zmonumentalizowana paniusia z rogu Marszałkowskiej patronuje u Tuwima warsztatom łódzkim („sława!”), śląskim kopalniom i hutom („sława, sława!”). Gdyby tak miało być, byłaby to wręcz przerażająca wizja triumfu wroga klasowego.
Paniusia, która robiła zasłużoną karierę jako markietanka napoleońska lub jeszcze nawet w r. 1861 jako uczestniczka manifestacji patriotycznych, osobliwie wygląda w roli Muzy Polski Ludowej. Kobiecinka ta odznaczała się bowiem zawsze zdrowym rozsądkiem i nie działała wbrew własnym interesom. Dziś we Wrocławiu i Szczecinie („miastach wojewódzkich – sława, sława!”) bywa wprawdzie Pionierką, lecz Komisja Specjalna zdradza na ogół mało zrozumienia dla jej „założycielskiej” działalności.
Coraz ciaśniej Muzom drobnomieszczaństwa. 17 stycznia 1949 r. minął już bowiem ab urbe condita – rok czwarty.
Trudno się komentuje takie rzeczy… Nie chodzi mi tu bynajmniej o pokazanie, że Tuwim był tłamszony przez wyznawców władzy ludowej, bo może i nie był. A nawet jeśli był, to i tak traktowano go powyżej średniej. Chciałem jedynie pokazać, jakie to były czasy…
* * *
To nie jedyne miejsce w którym w tym czasie zarzucano Tuwimowi drobnomieszczaństwo. Słowo to było stereotypowym wytrychem pozwalającym na łatwe wytłumaczenie się, czemu coś jest złe, a nie dobre, bez konieczności uzasadniania. Wystarczyło, że jest drobnomieszczańskie. Poeta napisał nawet odpowiedź na podobne zarzuty, nieco w stylu tych przedwojennych:
FRASZKA MEGALOMAŃSKA
Motto: „Da, ja mieszczanin”
PuszkinDrobnomieszczaństwa, proszę państwa,
dowąchał się w mej nowej książce
kto? syn drobnego sklepikarza
z małego miasta w Małopolsce.Tak, z miasta jestem, z miasta Łodzi,
mam Komin w herbie swym ozdobnym,
mieszczanin, tak, mogę się zgodzić,
ale, przepraszam bardzo, DROBNY?!
Wierszyk z 1949 roku miał być odpowiedzią, na krytykę „Kwiatów polskich”, ale ukazał się w „Szpilkach” dopiero w 1954 roku, już po śmierci poety. Ostrze satyry nie jest tu wcale ostre, ale być może nawet takie nie mogło się objawić w końcówce lat 40-tych. Istnieje też możliwość, że to sam autor zrezygnował z publikacji.
A kto był bohaterem fraszki? Krytyk Artur Sandauer. W zbiorczym wydaniu „Dzieł”, napisano że chodzi o recenzję Sandauera w „Odrodzeniu”, ale czytałem ową recenzję i nie ma tam zarzutu „drobnomieszczaństwa”, choć jest odniesienie do „drobnej burżuazji pochodzenia żydowskiego”. Niezależnie od wspomnianej „burżuazji”, recenzja jest umiarkowanie pozytywnie nastawiona do recenzowanego poematu. Być może Tuwim dotknięty został jakimś innym tekstem krytyka, bo np. taki esej „Julian Tuwim” z „Trzech pokoleń poetów” (co prawda z roku 1953, ale podobne mogły być pisane wcześniej) wprost naszpikowany jest „drobnomieszczaństwem”. Żeby było ciekawiej, to Sandauer tłumaczył się z użycia feralnego terminu w innym, późniejszym eseju o Tuwimie 😊.
Skoro rozpisałem się na temat treści fraszki, to dopiszę jeszcze, że Sandauer urodził się w Samborze (miejscowość niedaleko Lwowa). Lokalizacja „małe miasto w Małopolsce” pasuje bardziej do przedwojnia, ale co innego można było napisać w 1949 o miasteczku za wschodnią granicą? Kolejna rzecz: Strzał o sklepikarzu kiepsko trafiony, bo ojciec krytyka przez wiele lat klepał biedę bezrobotnego, a sklep z rowerami prowadził raptem kilka lat. No dobrze. Kończę już z „oglądaniem świata przez lupę”, żeby nie wyjść na „uczoną małpę” i „ścisłowieda” 😊.

