Julian Tuwim w Internecie

Kilka słów o K. I. Gałczyńskim

Konstanty Ildefons Gałczyński był istotną postacią w życiu Juliana Tuwima, dlatego też się pojawia się na tej stronie. Prawdę powiedziawszy, marzy mi się, że znajdzie się jakiś maniak, który utworzy podobną do mojej witrynę: „K. I. Gałczyński w Internecie” 😊.

Gałczyński należał do kolejnego po Skamandrytach pokolenia poetów. Początkowo wchodził w skład awangardowej grupy „Kwadryga”, by kilka lat później stać się znanym i rozpoznawanym literatem. Jego wiersze pełne efektownej liryki, doprawione humorem, sprawnie zjednywały mu czytelników. Dużo publikował w „Cyruliku Warszawskim”, ale na swój pierwszy, poważny tomik wierszy czekał do lat 30-tych, o czym za chwilę. Przeczytajmy na zachętę utwór, kilkukrotnie przypomniany całkiem współcześnie przez różnych wykonawców – chyba najbardziej lubię wykonanie Wójcickiego:

KRYZYS W BRANŻY SZARLATANÓW

Słoneczko z ruskich bylin
już się na zachód chyli
i pustoszeje targ.
Szarlatan na podmostku
sprzedaje lalki z wosku,
krzyczy gorączką warg:
– Hej, panowie, paniusie,
bracia-siostry w Chrystusie,
kupcie ode mnie coś:
Mam lalki od miłości,
maści od samotności
i Polikarpa kość…
Hej, paniusie, panowie,
kupcie u mnie cokolwiek –
z febry od rana drżę!
Ocet siedmiu złodziei
i babiloński kleik,
i poudre de pourlimpimpim…
Ale krzyk nie pomaga,
wszyscy mówią, że blaga,
sztuczki w diabelskim pudle.
Więc ty, Najświętsza Panno,
dopomóż szarlatanom,
by nie pomarli zimą jak wróble.

Powszechnie wiedziano, że Gałczyński miał kłopot z alkoholem. Nawet nie chodzi o to, że dużo pił, bo to powszechna przypadłość wśród wielu ówczesnych poetów, ale o to, że po wypiciu pakował się w kłopoty. Kilka razy z opresji ratował go właśnie Tuwim, który doceniał twórczość młodszego kolegi i choćby w ten sposób mógł mu pomóc. Prawdopodobnie jedna z takich przygód, stała się inspiracją do napisania poniższego wiersza, dedykowanego parokrotnemu wybawcy z kłopotów:

MORDERSTWO NA PIAZZA IRREALE

Julianowi Tuwimowi

Czytał wiersze gruby redaktor,
cykał zegar z kolumienkami.
Redaktor wygolony gładko
po stroniczkach bębnił palcami.

A poeta w tym samym czasie,
chociaż bożek, ale śladem ziemian,
trochę skośnie stojąc przy szynkwasie,
golił wódkę i koniak na przemian.

Kiedy już sobie podpił niezgorzej,
różne bóle gorzałą ubarwił,
wtedy wkroczył widelcem i nożem
w rzeczywistość kotleta i marchwi.

Pęczniał bar od wizyjnych ptaków,
dziwne dziwy się działy widomie,
i jak mysz nad głowami pijaków
biegał zielony promień.

Redaktor lubuje się w strofach,
ideologię lubi i puentę,
a poeta, boski kotletofag,
patrzy w lustro, w swe odbicie smętne.

Jest taka chwila w pijaństwie,
kiedy parowóz wjeżdża do głowy
i zapomina się o konsekwencjach urzędowych
i że jest policja w państwie.

Właśnie w poecie wybuchnął taki dynamit,
gdy owe kotlety wcinał…
Tam w redakcji, pod zegarem z kolumn karni,
leży wiersz zaczynający się od „Mandolina”…

Za kanarka też kazali wybulić;
całą forsę przepuścił nieborak.
Szedł w poezji, to jest w pyle ulic,
prosto, prosto do redaktora.

Jedno piwo wypite nad miarę,
a nieszczęście już, a katastrofa!
Ot, i redaktor siedzi pod zegarem,
kołysze się na strofach.

Stanął nad nim poeta wyniosły,
jako anioł z mieczem przy bramie:
„Cóż ci czytać wiersze-złotorosty!
Nie zrozumiesz tego, panie chamie!!”

I buch w głowę zegarem grubasa,
w uniesieniu, bez premedytacji:
z mózgu krew, a z wierszy złoty passat
wolny od grawitacji.

Taka to się zdarzyła historia –
(Nie mieszajcie piwa z wódką, niestety!)
groteskowa śmierć redaktora,
czarne więzienie dla poety.

W latach 30-tych endeckie czasopismo „Prosto z Mostu” zaproponowało Gałczyńskiemu – używając dzisiejszej terminologii – patronat medialny. Doczekał się wydania tomu wierszy i szerokiej możliwości publikacji swej twórczości na łamach gazety. To tam ukazują się słynne „Skumbrie w tomacie”, na które Tuwim odpowie „Ozorem na szaro” – pisałem o tym w artykule „Tomat na szaro”. Przeczytajmy, jak ten etap w życiu poety Konstantego opisuje Miłosz:

Zawsze drwił z poetów awangardowych, którzy pisali poezje niezrozumiałe dla szerszej publiczności. Chciał być jak dawni poeci, którzy byli kochani i natychmiast wynagradzani za swoje usługi. Dzięki pełnemu absurdu humorowi mógł zawsze liczyć na aplauz, a recytacjami potrafił zahipnotyzować każde audytorium. Politycznie amoralny, szybko porzucił swoich przyjaciół z „Kwadrygi” i przeniósł się do czasopism skrajnej prawicy, ponieważ miały one, zwłaszcza warszawski tygodnik „Prosto z Mostu”, szeroki zasięg dzięki swemu antysemityzmowi. Gałczyński napisał parę wierszy zapowiadających „noc długich noży” dla Żydów i intelektualistów; ale, pijany, odwiedzał poetów, których podziwiał, na przykład Juliana Tuwima, i całując ich po rękach błagał o przebaczenie. (…)

Trochę to niepochlebna opinia – żeby uspokoić czytelników: istnieją też wypowiedzi noblisty, które jednoznacznie chwalą naszego bohatera. Ale skoro mowa o wizycie pijanego Gałczyńskiego u Tuwima: Podobno Tuwim zakrzyknął wtedy „Precz!”, a potulny Gałczyński opuścił niegościnne progi. Złośliwi dodają, że gość nie mógł był za bardzo pijany, bo po pijanemu nigdy nie pozwoliłby się wyrzucić. Zostawmy te złośliwości roznosicielom plotek, bo bardziej ciekawym będzie dowiedzieć się, co spowodowało niechęć Tuwima. Ano zapewne przyczyną był pewien bardzo znaczący artykuł z „Prosto z Mostu”.

W 1936 roku w „Prosto z Mostu” ukazał się „List do przyjaciół” autorstwa Gałczyńskiego, w którym wychwala nowych towarzyszy i krytykuje środowiska około-skamandryckie używając typowej endeckiej, i co gorsza paskudnej antysemickiej, terminologii. Przeczytajmy króciutki fragment:

A dusiłem się. Dziś widzę, że iperyt i fosgen, to są zabawki dla dzieci. Miliardkroć gorszy gaz moralnej ohydy. Do niedawna jeszcze, szeroką falą płynął ów gaz, wypuszczony ze złośliwych zbiorników, których istnienie długo i zręcznie maskowała niecna hewra, nie wiedząc (durna!), że w końcu zadusi się sama. I zadusiła się. Ostatni stragan na jarmarku rymów dogorywa, skwiercząc żałośnie. Alfonsi, faryzeusze, sutenerzy i kalamburzyści poezji leżą pokotem. Brzydkie trupy.

(…) Nad latryną wszelako, w którą wrzucimy te parszywe stworzenia pozwólmy sobie na odśpiewanie ślicznej kantyczki, nenji, bardziej rytmicznej, niż ponurej. Objaśnijmy, wytłumaczmy najciemniejszym, najgłupszym, naprowincjonalniejszym, czemu to tak brzydzimy się tymi, których właśnie zakopujemy. W nekrologu niniejszym nie chcę wyszczególniać niczyich nazwisk. Nie warto. Za parę lat i tak nikt już dźwięku tych nazwisk pamiętać nie będzie. Czemu? Bo wyszachrowane po gudłajsku, a nie krwią poświęcenia, zdobyte sławy trwają krótko, tak jak krótko trwa proceder szalbierza. Wyszachrowane po gudłajsku, a nie krwią poświęcenie zdobyte sławy to pieniądz fałszywy, w którym kiepsko podrobione wąsy zostają w końcu zdemaskowane.

Tuwim przez miesiąc czasu zbierał się, by odpowiedzieć na „List” Gałczyńskiego i napisał artykuł „Smorgoński Savonarola”. Miał się on ukazać w „Wiadomościach Literackich”, ale koniec końców się nie ukazał. Albo sam Tuwim zrezygnował z ataku na kolegę po piórze, którego twórczość wszak uwielbiał, albo – co mniej prawdopodobne, bo gotowy artykuł przeszedł nawet korektę – Grydzewski odrzucił ten długi tekst. Tuwim wielokrotnie atakuje w nim autora „Listu” – robi to ad personam, wyśmiewa wady i potknięcia, kupczenie talentem, ukazuje nieprzystawanie dotychczasowej twórczości do endeckich wymagań… Z drugiej strony podkreśla swoją pomoc, za którą tak haniebnie mu odpłacono. Nie może przejść obojętnie nad faktem, że Gałczyński przystąpił do grona gorszycieli z „Prosto z Mostu”:

Przecież dla dzisiejszej prowincjonalnej młodzieży każdy numer warszawskiego pisma literackiego jest ewenementem. Kupują lub abonują składkowo – i chłoną, zaczytują się, wierzą, marzą, tęsknią, pragną! No i przypuśćmy, kupili i przeczytali brechtę wileńskiego impostora. Co im zostało w pamięci? Jaki obraz człowieka? Wielki, mądry, szlachetny idealista. Bojownik. Zwalczający Żydów i żydostwo. Patriota. Głęboko wierzący. Gdy takiego gudłaja Słonimskiego lub szachraja Tuwima na ulicy spotka przechodzi dumny i surowy. Gardzi pieniędzmi.

No i potem Tuwim metodycznie pokazuje, krok po kroku, że rzeczywistość jest zupełnie inna od autoportretu wykreowanego w „Liście”. Na przykład nieprawdą jest, że Gałczyński „gardzi pieniędzmi”:

Wydając u Przeworskiego wielką antologię fraszki polskiej, zwróciłem się do wszystkich autorów współczesnych o autoryzację. Zezwolenie na bezpłatne umieszczenie w antologii wyboru swych drobnych wierszyków otrzymałem od kilkudziesięciu poetów (…). I tylko jeden jedyny zażądał stu złotych. Jeden jedyny Ildefons. (…) Dostał pieniądze, przysłał rękopis, wszystko w porządku… Ale – pp. chłopcy z prowincji, czy to nie on zapewniał w „Prosto z Mostu”, że gardzi pieniędzmi?

Zacytuję tu jeszcze jeden smakowity kawałek z planowanego artykułu, stanowiący dowód, że Tuwim był nie tylko wybitnym poetą, ale i urodzonym satyrykiem.

Jeszcze nie dawno był u mnie na Mazowieckiej. Klękał przede mną i tak na klęczkach mnie błagał, żebym w dowód dozgonnej przyjaźni przyjął od niego… obrączkę ślubną. Długo musiałem mu tłumaczyć, że takiego daru przyjąć nie mogę. A on zamęczał „Weź, weź na wieczną przyjaźń!”

Nie wziąłem. Bigamia jest karalna (197 art. k.k.). Pani Kazimiera Piórkowa, pracownica domowa, nie mogła po tej wizycie wyjść z podziwu: „To ten pan też pisze? też poeta? niemożliwe proszę pana! Przecież tylu poetów tu przychodzi, i pan Wierzyński, i pan Słonimski, i pan Lechoń bardzo wesoły – ale żeby w takim stanie i takie rzeczy wyrabiać, to nie uwierzę, żeby to poeta mógł”.

To tylko drobny fragment – podobnie jak „List” – jest to bardzo długi tekst. Cały dostępny jest w wydanej w 1999 roku książce „Utwory nieznane”, zawierającej teksty Tuwima, które pojawiły się w domach aukcyjnych pod koniec XX wieku. Ale wróćmy do Gałczyńskiego: W lutym 1937 roku w „Prosto z Mostu” ukazuje się wiersz „Polska wybuchła w roku 1937”, z którego finału już trudno się wybronić.

POLSKA WYBUCHŁA W ROKU 1937

Panu Stefanowi Kołaczkowskiemu ze stutysięczną podzięką za „Bilans estetyzmu”
(„Marchołt”, styczeń, 1937)

Miałem o tym pisać artykuł,
lecz wolę wiersza dźwięczną miedź –
nie potom wierszom formę wykuł,
artykułami żeby grzmieć:

W tym roku Polska się zaczyna
jasna i piękna jak dziewczyna,
wznosimy dla niej jasny dom!

Szczury do Wisły! Z Wisły wiarę!
Ja strofy te jak „Carmen saeculare”
składam Warszawy nowym dniom.

Oto się kłamstwu kładzie tama,
na szczurowisku pięści błysk –
bowiem kto Polskę chciał okłamać,
teraz od Polski dostanie w pysk.

I nie pomogą „Wiadomosti”,
ni mydło, proszę jegomosti,
ni papa Stalin, pupa Kridl.

Gdy wschodzi słońce, giną krety.
Tylko rycerzom laur poety;
ty bubkom, panie, oczy mydl…

Nie trzeba płakać, mój maleńki,
że dogorywasz tak po cichu:
teraz lepsze płyną piosenki
z piór Sołtysików i Giertychów;

kończy się „lepka, gęsta proza”,
kończy się poza, breza, groza,
kumkanie „estetycznych” żab.

Od tych Stempowskich, od tych „znawców”
milszy nam sąd warszawskich krawców,
ślusarzy, zdunów, prostych bab.

I oni słowa nasze pochwycą,
nie recenzenci idiotyczni;
w Polsce pachnieć będzie pszenicą,
nie intelektem rabinicznym.

Wisło, jak lira dzwoń
mądra i rzewna;
na zasiew nasz pochyl swą dłoń,
Matko Boska Siewna.

ANTYFONA.

Na tych, co biorą wody w usta,
na czytelników wuja Prousta,
na skamandrytów, na hipokrytów,
kalamburzystów rozmaitych
ześlij, zepchnij, Aniele Boży,
Noc Długich Noży.

Wiersz ten nie będzie publikowany w powojennych zbiorach poezji Gałczyńskiego, doczeka się za to dwulinijkowego wspomnienia w „Kwiatach polskich”:

Gdy groził „nocą długich noży”
Liryk, deliryk, satanista,

Żeby jednak nie pozostawiać u czytelnika wrażenia, że środowisko literackie podzieliło się na rozłączne bańki informacyjne, dopowiem: Oni tam jednak rozmawiali ze sobą. Przecież Gałczyński publikował w tym czasie swe wiersze w „Szpilkach”, podobnie jak i Tuwim. Może w tym akurat przypadku pomogła świadomość, że obaj w końcówce lat 30-tych nie byli (już) sympatykami sanacji… Dzięki „Szpilkom” mogliśmy przeczytać taki oto diamencik:

ZIMA Z WYPISÓW SZKOLNYCH

Któż to tak śnieżkiem prószy z niebiosów?
Dyć oczywiście pan wojewoda;
módl się, dziecino, z całą krainą –
niech Bóg mu siły doda;
śnieżku naprószył, śnieżek poruszył
dobry pan wojewoda.

A któż na szybach maluje kwiaty,
czy mróz, czy mróz, dziecino?
Nie, to rączuchną dla ciebie, żabuchno,
starosta ze starościną;
srebrzyste prążki, listki, gałązki
dla ciebie, dziwna dziecino.

A któż te śliczne zawiesił sople
za oknem u okapu?
Czy może także mróz niedobry
swą fantastyczną łapą?
Nie, moje złoto, to referenci,
podkierownicy, nadasystenci
nocą nie spali, hurra! wołali,
sople poprzyklejali.

Hej, tam w Warszawie jest pan minister
siwy i taki miły,
przez okno rzuca spojrzenia bystre,
bo chce, by dla ciebie były
zimą sopelki, śniegi i lody:
wszystkie zimowe wygody.

Jeżeli tedy sanki usłyszysz
i dzwonki ich tajemnicze,
wiedz: to minister w skupionej ciszy
nacisnął taki guziczek,
że gwiazdki dzwonią i gwiazdki lśnią
nad miastem i nad wsią.

No i jak tu nie kochać Gałczyńskiego?

* * *

W czasach powojennych obaj poeci wrócili do starej przyjaźni. Obaj publikowali choćby w „Przekroju”, choć należy przyznać, że to Gałczyński był tam prawdziwą gwiazdą. Jest to zresztą temat na osobną opowieść. Kilka lat przekrojowego rządu dusz zapewniło mu sympatię środowisk inteligenckich na długie lata, czego dobitnym przykładem są kabarety Olgi Lipińskiej.

* * *

Obaj poeci umarli w grudniu 1953 roku. Tuwim przeżył młodszego kolegę o trzy tygodnie – jego śmierć bardzo go poruszyła. Gałczyński miał skromny pogrzeb, na którym nie było oficjeli, ale koledzy-poeci nie zawiedli. Tak wspomina udział Tuwima Iwaszkiewicz:

Na pogrzebie Gałczyńskiego staliśmy we dwóch, ostatni, na warcie. Cywilny, zimny i niepogodny pogrzeb Gałczyńskiego był trudnym przeżyciem. Julek czuł się już źle i na warcie nie mógł stać długo. Umówiliśmy się z Andrzejewskim, że zastąpi go po paru minutach. Staliśmy twarzami do siebie i widziałem, że Tuwim jest blady jak trup. Gdy Andrzejewski miał go zastąpić, zerwał laurowy listek z wieńca leżącego na trumnie i schował go sobie na sercu.

Dodajmy relację Anatola Sterna:

Bardzo skromny pogrzeb, garstka ludzi i śmiertelnie blada Natalia z córką Kirą, i straszliwie zasmuceni przyjaciele, i nieznajomi, rzucający kwiaty na świeżą mogiłę. Czytelnicy. Byliśmy na tym pogrzebie z żoną. Pojechaliśmy z Tuwimami i razem z nimi wracaliśmy. Tuwim powiedział: „Biedny Kostek. Och, te pogrzeby polskich poetów. ”

Nazajutrz pojechaliśmy, znów z Tuwimami, do Natalii. Kira bezgłośnie płakała w ramionach Tuwima. Gdy weszliśmy do pokoju Konstantego, Julek miał zaczerwienione oczy. Gładził ręce Natalii, potem zaczął krążyć po pokoju. Stanął przed biurkiem, na którym leżał przykryty czerwoną jak krew kiścią kaliny arkusik papieru z ostatnim niedokończonym przez Kostka wierszem…