Groch z kapustą – zbieracka mania
Tuwim przez długie lata zbierał ciekawostki, dziwności i wszelkiego rodzaju materiały drukowane, które go potrafiły zaskoczyć. Poeta pochylał się nad śmieciem kiczu, by tam znajdować diamenty humoru. Był znany, nie tylko wśród antykwariuszy, jako posiadacz bodaj największej biblioteki takich szpargałów. Część z nich publikował w „Wiadomościach Literackich” w rubryce „Camera obscura”. Podczas wojny wszystko oczywiście zaginęło. Po powrocie do kraju po wojnie jego pasja zbieracka ruszyła na nowo, choć sam przyznawał, że to nie to samo.
Trochę smutno o tym pisać, ale grzebanie w pseudoliterackich śmieciach, to bodaj jedyny rodzaj działalności, jaki kontynuował z równym zapałem po wojnie, co przed nią. W pewnym sensie mania ta stanowi jeszcze jeden dowód na kryzys twórczy poety. W liście do Staffa z 31 sierpnia 1947 roku, sam przyznawał:
(…) Od 2 tygodni jestem w Warszawie, znów po uszy w „czynnościach”, „działalności” itp. sposobach wypełniania godzin dnia – nie wypełnionych niestety pracą istotną, tj. twórczością poetycką. Przeżywam (od dłuższego czasu) dotkliwy „kryzys liryczny”, który paraliżuje u samych podstaw wszelkie próby pisania. Jego powody są mi częściowo znane, ale sam fakt postawienia diagnozy nie jest lekarstwem. – Słowem: zapycham życie podrzędnymi pasjami, które, na szczęście, grają we mnie tak samo silnie jak dawniej: zbieractwo, szperactwo, teatr etc.
Od 1949 roku miał on możliwość publikowania swoich zebranych kuriozów w miesięczniku „Problemy” w rubryce „Cicer cum caule, czyli groch z kapustą” (Tu mała uwaga, jak tłumaczył się Tuwim: „(groch to) pisum. Cicer to cieciorka, ciecierzyca, groch włoski. Wybrałem go jednak z powodów aliteracyjnych”). Sam periodyk prezentuje się całkiem przyzwoicie – wielostronicowy przegląd nowości i ciekawostek z szeroko rozumianego świata nauki. Przeglądałem kilka numerów i o dziwo nie natknąłem się na propagandowe wtręty o Leninie czy Stalinie, cokolwiek wtedy powszechne. Tak rubrykę wspominał w 1999 redaktor naczelny pisma Józef Hurwic:
W części pozaartykułowej zamieszczaliśmy także rozmaite anegdoty i aforyzmy związane z nauką i uczonymi. I wreszcie, w latach 1949-1953 odrębny kilkustronicowy dział prowadził Julian Tuwim.
Wracając po II wojnie światowej z Ameryki do Polski, poeta nosił się z zamiarem m.in. kontynuowania swej międzywojennej działalności redakcyjno-wydawniczej: wydawał magazyn „To – to”, współpracował z biblioteczką historyczno-geograficzną „Roju”. Tuwim chciał założyć w kraju czasopismo, które w lekkiej formie szerzyłoby wiedzę o świecie. Ustalił nawet tytuł: „Globus”. Gdy jednak po powrocie zaznajomił się z zawartością „Problemów”, stwierdził, że pismo to w dużym stopniu realizuje jego projekty. Zrezygnował więc ze swoich zamiarów. Za to bez wahania przyjął zaproszenie do współpracy z „Problemami”. W 1 numerze z 1949 r. ukazał się pierwszy odcinek redagowanego przez niego działu, który nazwał on „Cicer cum caule, czyli Groch z kapustą”. Podtytuł „Panopticum i archiwum kultury” wyjaśnia charakter tego działu. Zawierał on wyszperane ze starych książek, czasopism lub druków ulotnych kuriozalne wzmianki na temat literatury polskiej i obcej, słowotwórstwa, obyczajów, wynalazków itd. Każdą notatkę zaopatrywał Tuwim w dowcipny tytuł i często pełen humoru komentarz. Notabene, czytając w prasie polskiej nieudolne często próby silenia się na dowcip w tytule, przychodzi mi do głowy, iż analiza tuwimowskich tytułów w „Cicer cum caule” mogłaby bardzo się przydać na studiach dziennikarskich.
Czasami drukował Tuwim w swoim dziale własne teksty, a nawet nowy wiersz, np. „Zakochany bibliofil”. Tuwim entuzjazmował się figielkami matematycznymi, które włączał do swego działu. W papierach pośmiertnych zachował się autograf początkowego fragmentu felietonu pt. „Nieszczęśliwa miłość”, który poeta przygotowywał dla „Problemów".
(…) W swym dziale Tuwim zamieszczał różne żarty związane z matematyką. Fikcyjnej czytelniczce „Problemów” odpowiada:
Przegrała Pani zakład. Pisarza greckiego (?) imieniem Sekstylion nigdy nie było. Był natomiast Kwintylian (Marcus Fabius Quintilianus), Rzymianin, słynny autor dzieła „De institutione oratoria” (żył w pierwszym wieku n.e.). Sekstylion to liczba, dokładnie tyle razy większa od owego Rzymianina, ile razy Septylion większy jest od niej. Gdyby Panią interesowały inne olbrzymie liczby (np. nylon, bilard, kotylion, kwadryga, pentagon etc.), niech się Pani zwróci do najbliższego konserwatorium gastronomicznego.
I jeszcze jeden fakt, ale już spoza „Cicer cum caule", W końcu 1953 r. poprosiłem Tuwima aby do numeru grudniowego zamykającego rok kopernikowski przetłumaczył na polski zabawną fraszkę Łomonosowa o tym, jak to kucharz rozstrzygnął spór między Kopernikiem a Ptolemeuszem. Następnego dnia kongenialny przekład był gotów. Oto on:
O RUCHU ZIEMI
Astronom z astronomem obiad, razem jedli
I przy biesiadnym stole spór zawzięty wiedli,
Jeden twierdził, że Ziemia wokół Słońca dąży,
Drugi – że to nie Ziemia, ale Słońce krąży!
Jeden zwał się Kopernik, a drugi Ptolomej…
A spór, co jest ruchome, co zaś nieruchome,
Rozsądził kucharz – żartem spytał go gospodarz:
„Znasz bieg planet niebieskich? Jaki dowód podasz,
Kto z nich praw?” Na to kucharz: „Kopernik, nie Greczyn.
Wprawdziem na Słońcu nie był, ale kto zaprzeczy
Tej prawdzie oczywistej, mężowie uczeni,
Że nikt pieca nie kręci dokoła pieczeni.”Wiersz wydrukowaliśmy w zeszycie grudniowym 1953 r. Był to ostatni zeszyt naszego pisma, który Tuwim miał w ręku. Niestety kilka dni później przedwczesna śmierć zabrała poetę. Przez cały jeszcze jednak rok po jego śmierci mogliśmy kontynuować publikowanie „Cicer cum caule”, korzystając z materiałów, które Tuwim zdążył przygotować. Jest to jeden z dowodów wagi, jaką przykładał on do współpracy z „Problemami”.
Dział „Cicer cum caule” był bogato ilustrowany. Rysunki do pierwszego odcinka sporządził Henryk Grunwald, znany grafik i metaloplastyk. Tuwimowi coś się w jednym z nich nie podobało. Grunwald się obraził i oświadczył, że on nie wtrąca się do tekstów Tuwima i nie zgodzi się, by ten mu dyktował, jak ma rysować. W tej sytuacji zwróciliśmy się do Romualda Nowickiego, którego rysunki tak przypadły do gustu Tuwimowi, że go ponadto wciągnął do projektowania dekoracji w Teatrze Nowym, którym poeta kierował.
A tak Tuwim anonsował swoją działalność:
SŁOWO WSTĘPNE
„Chętnie cytuję samego siebie”, powiedział kiedyś Bernard Shaw, „dodaje to pieprzu i dowcipu temu, co mówię”. Mając zaszczyt przedstawić się czytelnikom „Problemów” w charakterze dyrektora działu „Cicer cum caule”, idę za przykładem prastarego mędrca i kpiarza, i pozwolę sobie na samym wstępie przytoczyć urywek z moich „Kwiatów polskich”, utworu napisanego w Ameryce. Tęskniąc tam za krajem, tęskniłem za swoją ukochaną biblioteką i za upodobaniami bibliofilskimi: pisałem więc, że pragnąłbym znowu
Po uszy zabrnąć w rygor srogi
Erudycyjnej mikrologii,
W wykazy źródeł, bibliografie,
Tak jak to lubię i potrafię…
O, jaki wilczy mam apetyt
Zapuścić się w przypisów petit,
W owe p., ib., por., cf., l.c.
Itp. drobiazg ważny wielce.
Odezwał się wrodzony nałóg
Zgłębiania kuriozalnych nauk,
Szperania po foliałach grubych,
By dwuwierszową złowić wzmiankę,
Gubienia się w drobnostkach lubych,
Z których nie będzie mieć korzyści
Ani współczesność, ani przyszłość,
Lecz tacy są już specjaliści:
Im mniejsza rzecz, tym większa ścisłość;
Czytania mądrych traktacików:
O mumiach u Assyryjczyków,
O chronostychach lub centonach,
O synekdochach Cycerona,
De Carminibus Figuratis,
De Barba Moysis, De Castratis,
De Cantu Cygni, De Cornutis,
De Jure Ventris, Ligno Crucis,
De Matrimoniis Incantatis,
De Bibliotheca Adami,
O św. Jacku z pierogami,
De et cetera bomba… Satis.Muszę obiektywnie stwierdzić, że gdyby istniała u nas (a może by ją stworzyć?) katedra dziwologii, mógłbym, wobec braku odpowiednich wykwalifikowanych konkurentów, z czystym sumieniem wykładać ten przedmiot.
Posiadam nieprzebrane mnóstwo nikomu niepotrzebnych wiadomości. Mój księgozbiór, przez 35 lat gromadzony, dziś nie istniejący, składał się – nie w całości oczywiście, ale w dobrej połowie – z dzieł osobliwych, rzadkich, dziwnych, groteskowych. Sprowadzałem ze wszystkich krajów europejskich katalogi antykwaryczne poświęcone kuriozom, dziwactwom, dziejom obyczajów, historii kultury, folklorowi, niezwykłym tematom, bzikom, ekstrawagancjom itd. i wyłapywałem co ciekawsze okazy. Wszystko to, co w tytule miało „curiosa”, „curiosites”, „curiosities”, „curiosidades”, „Kuriositäten” – i wszystko, co wyostrzony węch bibliofila wyczuł jako osobliwość, szło z Londynu, Lipska, Paryża, Moskwy, Rzymu i… Świętokrzyskiej ulicy – na Mazowiecką. Wypchane półki trzeszczały już; foliały, broszury, świstki, ulotki, tomy, volumina, teki, roczniki, pudła z wycinkami itp. skarby rozsadzały już ściany mieszkania, o rozpacz i trwogę przyprawiały panią domu, a ja furt skupywałem swoje dziwolągi. Były tam m. in. działy i dziedziny następujące: demonologia, alkoholica, teratologia (nauka o monstrach i potworach), antisemitica polskie, rozprawy o wonnościach i aromatach, książki o truciznach, narkotykach, tytoniu, kawie; dzieje medycyny i nauk przyrodniczych, stare zielniki i bestiaria; stare książki kucharskie, podręczniki „czarnej magii” (prestidigitatorzy), programy i afisze wędrownych menażerii, cyrków, szarlatanów, chiromantów, gramatyki i słowniki języków „egzotycznych”, słowniki fachowe, gwarowe, języków tajnych, międzynarodowych, stare kalendarze, almanachy, sztambuchy, albumy pensjonarek, dzieła wariatów, grafomanów, „reformatorów” spod ciemnej gwiazdy, zbiory anegdot, karykatur, stara humorystyka, prowincjonalne powieści, powieści zeszytowe, brukowe, śpiewniki, libretta starych oper i wodewilów, literatura kuchenna, straganowa, odpustowa, poeci zapomniani, poematy heroikomiczne; stare podróże i mapy, compendia fachowe dla fryzjerów, kaligrafów, zegarmistrzów, nauczycieli tańców, literatura dotycząca tajnych związków, zakonów, klasztorów, dzieła o torturach, historie dziwaków, fantastów, ekscentryków etc. etc. – a śród tych etceterów niech mi wolno będzie wymienić: największy w Polsce zbiór rozpraw i dysertacji o szczurach, książki w języku cygańskim, almanach ilustrowany (!) z czasów rewolucji francuskiej – wielkości znaczka pocztowego, manuskrypt malajski, pisany na szerokich liściach jakiejś zamorskiej rośliny, polski modlitewnik (rękopis), który czytać można było tylko przez szkło powiększające, broszurę dziwaka lwowskiego z połowy XIX w. (Zenowicza) „wydaną” w jednym egzemplarzu, Puszkina w kilkudziesięciu językach, bibliografię książek o pchle, komplet „futurystycznych” czasopism polskich z lat 1919-1924 i setki innych rozkosznych sztuczek. Oprócz tego wspaniałego śmietnika istniała na Mazowieckiej i „normalna”, wcale zasobna biblioteka literacka, historyczna, lingwistyczna i ludoznawcza, ale najcenniejszą jej część (bibliofile wiedzą coś o tym) stanowiły owe „niesolidne” kurioza. Wszystko to poszło z dymem. Nec locus ubi… etc. Ale został stary nałóg. Półki znowu trzeszczą, pani domu znowu jest w rozpaczy. Lecz dzisiejsze zbieractwo jest już tylko parodią i karykaturą dawnego. Nie ma starych książek, nie ma prawdziwych antykwami i katalogów, coraz mniej znawców i opętańców. Ale nie zbierać, nie szperać, nie udawać choćby, że się zbiera – nie można. I najmilszym odpoczynkiem po pracy jest nadal wertowanie przypadkowych zdobyczy kolekcjonerskich oraz notowanie osobliwych miejsc z różnorodnej lektury. Będę się tymi wiadomostkami dzielił z wielką rodziną „problemowców”. Może ich to i owo zaciekawi, a czasem i korzyść przyniesie. Niechaj „Cicer cum caule” będzie w tym wypadku synonimem „utile cum dulci” (pożyteczne z przyjemnym).
Ukazało się kilka wydań książkowych owych kuriozów. Pierwsze pod redakcją redaktora naczelnego „Problemów” Józefa Hurwica, obejmowało 3 tomy.
Poniżej kilka co śmieszniejszych artykulików z problemowych „Cicer cum Caule”.
PAULINKA KRETYNKA
O idiotyzmach, jakimi niegdyś „moralni” wierszokleci karmili młodocianych swych czytelników, niech świadczy wiersz pt. „Paulinka” zamieszczony w Warszawskim „Światowidzie” w r. 1835 (tom I, str. 41):
Pięcioletnia Paulinka uprzejma i miła
mimo innych przymiotów bardzo skromną była.
Raz, gdy ślicznie z pamięci wierszyk powiedziała,
chciał ją ktoś pocałować, lecz buzi nie dała.
Dlaczego? bo się cienia nieskromności lęka:
Ten ktoś, był to mężczyzna, a ona panienka.
„Wolno ci – rzecze ojciec – to przyjaciel domu.”
„Ależ tato! buzi się nie daje nikomu.”
„On już w podeszłym wieku, któż ci płochość przyzna?”
Na to skromna panienka: „Przecież to mężczyzna.”
Anioł czuwa nad tobą, niewinna dziecino,
Wszystkie wdzięki przygasną, ozdoby przeminą,
Ten powab przetrwa wieki, strzeż go całe życie,
Bo skromność najpiękniejszą zaletą w kobiecie.St. z Dz.
BACZNOŚĆ, DZIEWICE
Podajemy do powszechnej wiadomości, że w r. 1855 ukazała się w Warszawie, nakładem księgarza Karola Bernsteina, książka pod następującym tytułem:
O przeznaczeniu Dziewicy jako Kochanki i Narzeczonej oraz zasady przyzwoitego ułożenia, uprzejmości i godności, które Dziewica w zakresie domowym, w obcowaniu z przyjaciółkami i w towarzystwie młodzieży zachować powinna, przez Matyldę R.
Książkę tę znamy jedynie tylko z ogłoszenia, jakie się ukazało w ówczesnej prasie
TRANSKRYPCJE
Wydany w 1951 w Nowym Jorku „The American Oxford Atlas” podaje na str. 68 rejestr państw i miast następujące transkrypcje fonetyczne:
Świnoujście – shveno-ooish-tsiay.
Szczebrzeszyn – sh-tcheb-zeshin.
Sztrzyżów – st-zhizhoof.
Szczecin – shtchetcheen.
Zabrze – zaab-zhay.Miasto Łódź podane jest bez transkrypcji. Dlaczego takie lekceważenie? Proponujemy: woodsh. W trakcie przeglądania tego rejestru nasunęły się nam pewne imperialistyczne idee. Upominamy się o przyłączenie do Polski miejscowości: Sambor (Kambodża), Mara i Siwa (Celebes), Naga (Luzon, Filipiny), Raba (na wyspie Soambwa; w sąsiedztwie Jawy), Bida (Nigeria, Afryka) – no i Serdeles (Libia). Na gorąco o oczywiście i z musztardą.
ZE STRYCH SZPARGAŁÓW
Z rzadkich dziś książek, pism i broszur polskich z pierwszej połowy ubiegłego stulecia (chodzi o XIX wiek) wypisujemy garstkę anegdot i osobliwości.
Profesor zoologii, zapytany przez panienkę, jaka jest różnica między bykiem a wołem, odpowiedział: „Widzisz te cielęta na łące? Byki to ich ojcowie, a woły stryjowie”.
Książę pewien, widząc filozofa, zajadającego przysmaki, zapytał: „Cóż to, i filozofowie lubią także łakotki?” „Czemu nie? – odrzekł filozof – Alboż natura dla samych tylko nieuków dobre rzeczy stworzyła?”
Z pośpiechem ubierano pewną damę, która miała się udać do obserwatorium dla widzenia zaćmienia Księżyca. „Nie śpieszcie się znów tak bardzo – rzekła do obecnych – pan Argo (słynny astronom) jest tak uprzejmy, że jeśli się spóźnię, to jeszcze raz powtórzy dla mnie zaćmienie.”
Król Kongo w Afryce dzień wybiera sobie do przechadzki, gdy największe panują wiatry. W czasie promenady zawiesza czapkę na jednym tylko uchu, a gdy wiatr zrzuci ją na ziemię, wkłada podatek na poddanych mieszkających w tej stronie, z której wiatr ów zawiał.
Hirygnanie, naród Ameryki Południowej, nadzy pospolicie chodzą, jednak ma każdy spodnie, ale te nosi w ręku, albo pod pachami, tak jak u nas w Europie kapelusze lub czapki.
KLASOWE PODEJŚCIE
Rzecz dzieje się na popularnej prelekcji z dziedziny meteorologii.
W trakcie odczytu prelegent mówi o ciśnieniu atmosferycznym: „…i wtedy górne warstwy powietrza, które uciskają warstwy dolne…” Na to ktoś z głębi sali:
– Hańba im!
Jeśli te drobiazgi ci się spodobały, możesz zajrzeć do obszerniejszego wyboru – przygotowałem bowiem większy zestaw w artykule: „Groch z kapustą – szpargalarnia”.

