Po prostu śmieszne…
Tuwim miał wielkie poczucie humoru. W dwudziestoleciu międzywojennym często pisywał to i owo dla pism satyrycznych – głównie w „Cyruliku Warszawskim” i „Szpilkach”. Wiele takich humoresek zostało zebranych w tomie „Jarmark Rymów”, który był jego pierwszą większą publikacją nie-liryczną. Na zachętę – żeby mieć motywację do wypożyczenia z biblioteki i przeczytania „Jarmarku” – trzy próbki humoru…
WYWIAD
Już na wizytówce, którą podała mi służąca, było „Bohdan Ryszard Łupko, literat”. Następnie wszedł sam literat Bohdan Ryszard Łupko, oświadczył, że jest Bohdanem Ryszardem Łupko, literatem i usiadł.
Rozejrzał się po ścianach, po biurku, po półkach biblioteki, wreszcie głosem drżącym i radośnie wzruszonym powiedział:
– Więc to tutaj jest ta świątynia dumania, w której mistrz tworzy?
Dodatnie wrażenie jakie na mnie zrobił Bohdan Ryszard, prysło od razu. „Mistrzujących” nienawidzę. Ale gdy spojrzałem w te błękitne, błyszczące oczy, pełne podziwu i uwielbienia dla mojej osoby (w tych oczach była cała dedykacja – długa, serdeczna, przesadna, głęboką czcią i oddaniem zakończona), gdy popatrzyłem na bezradne ręce Łupki, które byłyby teraz najszczęśliwsze, gdyby trzymały bukiet róż (oczywiście dla mnie) – poczułem ciepłą sympatię dla Bohdana Ryszarda i z wielka życzliwością odrzekłem:
– Tu.
Oblicze Lupki tak rozpromieniało, jak gdyby odpowiedź moja była sensacją, rewelacją, czymś najmniej na świecie spodziewanym. Wilgotnym, zachwyconym wzrokiem zaczął polerować meble. Łupko stał się wiosennym słońcem, o którego surowe półki, stół, krzesła (i ja sam) zalśniły jakby oliwą pociągnięte.
Milczeliśmy tak przez kilka chwil, obydwaj szczęśliwi, z uśmiechem zażenowania na ustach.
– Przyszedłem prosić mistrza o wywiad. Jestem redaktorem kwartalnika słuchaczy Wyższych Kursów Jedwabniczych („Wukaje”, dodał z satyrycznym uśmiechem). Pismo nasze nazywa się „Hen dążmy w świt” i…
Tytuł pisma tak mnie ze względów fonetycznych zafrapował, że przerwałem Łupce i poprosiłem, aby mi na kartce napisał. Dopiero wtedy uspokoiłem się i zapytałem o program pisma, jego treść, cele itp. nic mnie nie obchodzące sprawy.
Literat Bohdan Ryszard odchrząknął, przysunął krzesło i z zapałem zaczął opowiadać.
– Celem naszym, mistrzu, jest piękno i duch. Wierzymy w świetlaną przyszłość, w zwycięstwo dobra i słońca. Naszymi ideałami są: prawda, wiara, sztuka i moc. Precz ze słabością! Precz z marazmem! My dążymy ku nowej jutrzence! Ludzkość musi się odrodzić, skąpana w krynicy ducha i prawdy! Szara powszedniość musi zniknąć z oblicza ziemi - my zastąpimy ją królestwem piękna i ducha!
Na szlachetną twarz różowego z natury Łupki wystąpiły gorące pomidorowe wypieki: lewą ręką gwałtownie manewrował pomiędzy sercem a sufitem. Program kwartalnika bardzo mi się spodobał. Królestwo piękna i ducha jest przecież i moim ukrytym marzeniem. Zapytałem więc Łupki, jak „Wukaje” zrealizują swe zamierzenia.
Okazało się, że w bardzo prosty sposób. Co kwartał będzie wychodzić zeszyt pisma „Hen dążmy w świt”, w którym zaszczepiać się będzie w ludzkość wiarę w piękno, ducha oraz świetlaną przyszłość. Za pomocą ideałów, prawdy, sztuki i mocy usunięte zostaną słabość i marazm, po czym wszyscy zaczną dążyć ku jutrzence – i narody automatycznie odrodzą się w krynicy ducha i prawdy. Wtedy zniknie szara powszedniość, a następnie uformuje się już królestwo piękna i ducha.
Nie będę ukrywał, że się do tej sprawy zapaliłem. Bo co tu dużo gadać? Człowiek się długie lata męczy, trudzi, szuka nowych dróg, pochłania setki książek, a coraz bardziej brnie w wątpliwości i rozterki. Tymczasem Bohdan Ryszard z piorunującą szybkością opanował całokształt zagadnień i zagadek, postawił sobie cudowny cel, znalazł proste środki do osiągnięcia – i orlim lotem pędzi ku zwycięstwu.
– Więc czym mogę być panom pomocny? – zapytałem.
– Prosimy, mistrzu o wywiad! Pragniemy, aby z łamów naszego kwartalnika odezwały się mocne, męskie słowa…
– Proszę, niech pan zadaje pytania.
Łupko wyciągnął z kieszeni blok i ołówek.
– Co mistrz sądzi o pięknie?
Odpowiedziałem bez namysłu:
– Wierzę w świetlaną przyszłość piękna.
– Cudownie! Cudownie! – szeptał Łupko, zapisując rewelacyjną moją odpowiedź. – A o duchu co mistrz sądzi?
– Duch to potęga. Prawda ducha i wiary powinna przyświecać ludzkości, a droga ku niej prowadzi przez złote wierzeje sztuki.
Łupko tracił z zachwytu przytomność.
– Tak jest! Tak jest! – mówił gorącym, fanatycznym szeptem, notując moje słowa. – A jakie, mistrzu powinny być ideały ludzkości?
– Ideałami ludzkości powinna być moc i wiara w świetlaną jutrzenkę świtu! Narody muszą się odrodzić w krynicy ducha i prawdy, przy czym hasłem musi stać się wiara, że marazm i słabość znikną z oblicza ziemi, skąpane w brzasku królestwa i ducha.
Łupko płakał. Z żarliwych, płonących oczu spływały łzy na pomidorowe wypieki, a następnie kapały na blok upstrzony nerwowymi literami.
– Czy to nie cudowne i święte – zawołał – że mistrz tak samo to rozumie i czuje, jak my! Przecież nie umawialiśmy się! A z ust mistrza usłyszałem potwierdzenie naszych ideałów! Tak jest! My też wierzymy w świetlane zwycięstwo ducha! Naszymi ideałami także są: moc, sztuka i prawda! Dążymy wraz z mistrzem ku nowej jutrzence!
– Razem, młodzi przyjaciele! – krzyknąłem – niech żyje duch!
– Niech żyje!!! – zawył Łupko już w transie, już w ekstazie, już mój na wieki.
– A teraz na wódkę, na dziwki, na ochlaj, na ryms! - ryczałem jak opętany, wnosząc entuzjastycznie rękę do góry.
– Tak! Tak! – wołał Łupko w idealistycznym zamroczeniu. - Razem! na wódkę! na dziwki! na ryms! na ochlaj! ku nowej jutrzence! ku nowym światom!
* * *
Wracaliśmy z Bodziem w świetlanym blasku nowej jutrzenki. Była siódma rano. Bodzio wlókł się zryty i mętny. Wreszcie wybełkotał:
– Te Julek!… a może na dworcu dadzą?
Jak wiadomo, bufety kolejowe czynne są przez całą dobę bez przerwy, a od niedawna zaprowadzono w nich wyszynk alkoholu.
CUD Z KOMORNIKIEM
Upał był piekielny. Ze spopielałego nieba waliło jak z piekarni suchym, złowrogim żarem niby natchnionym gniewem ognia przeciw rodzajowi ludzkiemu. Oazą w mieszkaniu był kąt, w którym stały dwa chłodne fotele skórzane, tzw. klubzesle, niski stolik, na nim woda z lodem i cytrynowym sokiem. Bezwładnie niemal nirwanicznie drzemałem, pogrążony w marzeniu o burzy i deszczu, nawałnicy i potopie. I oto rozwścieczone z żaru niebo zaczęło się chmurzyć, sinieć, liliowieć, coś zaczęło pomrukiwać, i odgrażać się pod zziajanym stropem i zawiało pierwszą od tygodnia zapowiedzią burzy. Odetchnąłem. W tej samej chwili zadzwonił ktoś. Wstałem z fotela szczęśliwy, lżejszy, pełen radosnego oczekiwania na bliską ulewę. Otworzyłem drzwi. Wszedł jakiś starszy jegomość – czerwony, spocony, zdyszany, z teczką pod pachą i papierkiem w ręku. Wszedł i powiedział:
– Z urzędu skarbowego.
Huknął grom i grube krople powoli, jeszcze bez przekonania, bębnić zaczęły w szyby. Co za szczęście! Deszcz!
– Bardzo pana szanownego proszę! Niech pan pozwoli! Ale żar, co? Pan ledwo dyszy. No ale, dzięki Bogu, mamy deszcz. Proszę tutaj, na prawo.
Płonący, ciężko dyszący, ociekający potem komornik rozejrzał się po pokoju. Następnie powiedział:
– Mam tutaj tytuł wykonawczy… Pan nie zapłacił jeszcze podatku docho…
Przerwałem mu najuprzejmiej.
– Przede wszystkim niech pan będzie łaskaw siąść i napić się wody z lodem i z cytryną. To bardzo orzeźwia.
Spojrzał na mnie bardzo nieufnie i skończył rozpoczęte zdanie:
– …dochodowego za rok 1933.
Po niebie skakały pioruny jak młode konie po łące. Deszcz padał strumieniami i od otwartego okna ciągnęło nieopisaną świeżością i chłodem. Boże, jaki ja byłem szczęśliwy.
– Niech pan siądzie. A napój świetny, prawda? Mój przyjaciel Kazio dolewa jeszcze czerwonego wina. Wtedy, mówię panu, nektar! Szkoda, że nie ma w domu wina. Ale jest arak. Świetnie!
Skoczyłem do kredensu, wyjąłem butelkę i dolałem do lodowatej wody trochę aromatycznego araku.
– Teraz niech pan spróbuje!
Komornik wypił, podziękował, ale widziałem, że mu się to wszystko nie podoba.
– Tu jest tak: 620 złotych plus 10 procent dodatku nadzwyczajnego, plus…
Deszcz pluskał, aż serce rosło!
– Nie ma pan pojęcia – powiedziałem – do jakiego stopnia ubóstwiam deszcz. Zazdroszczę Noemu potopu! Niech pan pomyśli, panie egzekutorze: czterdzieści dni ulewy! Skwar, przyznam się panu, działa na mnie rozklejająco. Gubię się w gorącu. Za to deszcz, te srebrne strugi z nieba, budzą we mnie jakąś rześkość, młodzieńczość, radość i po prostu entuzjazm! Czy da pan wiarę, że w zeszłym roku…
Komornik popatrzył spode łba, chrząknął, przerywając moje radosne wywody, i rzekł:
– …plus suma kar za zwłokę do dnia 10 lipca br. Razem…
– Tak jest – wtrąciłem szybko – Otóż w zeszłym roku w ciągu jednego deszczowego tygodnia napisałem blisko dwadzieścia utworów lirycznych, przez całą zaś resztę upalnego lata – dwa czy trzy. Nie wiem, czy pan czytał te wiersze. „Woda z nieba” – taki jest tytuł tomu. Zarzucają mi wpływy Paula Valery. Śmieszne! A propos: co pan sądzi o tym poecie?
I nalałem mu drugą szklankę zimnej wody z wonnym arakiem. Komornik znowu chrząknął i wycedził:
– To, proszę pana, nic do sprawy nie ma. I w ogóle muszę panu powiedzieć, że zachowanie pańskie jest raczej niestosowne. Jakieś żarciki uprzejmości… To mi wygląda na kpiny.
Zrobiłem wielkie oczy i rzekłem:
– Ależ panie egzekutorze! Dlaczego kpiny? Dlaczego żarciki? Jestem po prostu w świetnym nastroju, a będąc w ogóle człowiekiem uprzejmym, prowadzę z panem miłą rozmowę i na tym koniec. Dlaczego żarciki?
– Dlatego, że pan mnie chce zagadać. Ale my się na tym znamy, panie.
Niebo szalało. Wszystkie prysznice, natryski, fontanny, krany, sikawki i inne wodotryski przeniosły się na niebiosa i tryskały taką rzęsistą obfitością, że ulicami płynęły wzburzone rzeki. Szalałem ze szczęścia.
– I dlatego – ciągnął komornik – wypraszam sobie wszelkie „Wody z nieba” i Walerego, a zawiadamiam pana, że należy się razem złotych 776 i groszy 48.
Zacząłem szybko liczyć:
– Siedem i siedem czternaście – i sześć – dwadzieścia – i cztery – dwadzieścia cztery – i osiem – trzydzieści dwa. Świetnie! Szczęśliwa liczba. Czy pan wierzy w mistykę liczb? Ja specjalnie lubię czwórkę i wszelkie wielokrotne do niej, dlatego liczba 32 jest mi specjalnie bliska. Uczony niemiecki Bischoff w dziele „Die Magie der Zahlen” powiada, że…
Czerwony do niedawna komornik zzieleniał i trzasnął ręką w stół:
– Powiedziałem już panu, żeby mi głowy nie zawracać! Tutaj żadnej magii, panie, nie ma. Należy się 776 złotych i 48 groszy. Płaci pan?
Zamilkłem. Przez kilka chwil hipnotycznie wpatrywałem się w oczy komornika, wreszcie cicho i dobitnie szepnąłem:
– Płacę.
Komornik widocznie nie dosłyszał, bo powiedział:
– Pytam się wyraźnie, po polsku, czy pan płaci?
– A ja panu odpowiadam, po polsku: Tak!
– Jak to?
– No, zwyczajnie. Należy się 776 złotych i 48 groszy, pan przyszedł po tę sumę, a ja panu ją wypłacam.
Lipy, czeremchy, akacje, jaśminy, bzy, maciejka, lewkonia, róże – wszystko najwonniejsze zespoliło się w jeden słodki, świeży aromat i pełną, upojną falą biło z otwartego okna. Zieleń lśniła, cała w klejnotach deszczowych kropel. O jakże mi było dobrze!
Komornik skręcał się na fotelu.
– Panie Szumski – krzyknął – jeżeli pan w tej chwili nie przestanie żartować, będzie pan odpowiadał za obrazę urzędnika. Pytam się ostatni raz płaci pan?
Spokojnie, z niewysłowionym uśmiechem, wyjąłem z szuflady 776 złotych i 48 groszy, położyłem na stole i rzekłem:
– Płacę. Oto są pieniądze.
Olbrzymi łuk tęczy spiął zenit nieba z centrum ziemi (sic!). Komornik wciągnął głowę między ramiona i przez zaciśnięte zęby zasyczał:
– Dosssyć! Dosssyć!
Przyznam się, że mrowie strachu przebiegło mi po plecach na jego widok.
– Co się stało? – wybełkotałem – Dlaczego pan się tak trzęsie, panie egzekutorze?
Za oknem było już cicho i pogodnie, świeżo i przewiewnie. Ale za to w pokoju wybuchła burza.
– Dlaczego?! – ryczał komornik – dlaczego?! Bo jak pan śmie? Kto pana upoważnił? Pan myśli, panie Szumski, że panu tak wolno drwić z biednego, starego, steranego pracą komornika?
– Kto drwi, najmilszy? Skąd takie posądzenie?
– Jak to? – wył – jak to? Przychodzę – wita mnie pan wesoło, z uśmiechem, z szatańską uprzejmością! Prosi pan, żebym usiadł! Częstuje mnie pan orzeźwiającym napojem, którego tak bardzo byłem spragniony, mówi pan ze mną o jakichś wierszach – dobrze, wszystko zniosłem, bo myślałem, że mnie pan chce zagadać. Ale po tym wszystkim – pan płaci! Pan doprawdy płaci! Żywą gotówką! Bez próśb o rozłożenie na raty, o przesunięcie terminu, o zwłokę chociaż tygodniową! Płaci, bezczelny! Płaci, zbrodniarz! Na stół kładzie pieniądze! Dwadzieścia trzy lata jestem komornikiem i nikt mnie jeszcze tak nie potraktował! Szumski jesteś? Bydlę jesteś! Na kolana! Błagaj, proś, tarzaj się! W tej chwili zaproponuj, że wpłacisz dziś sto złotych, a resztę w ratach miesięcznych!
Klęcząc, krzyczałem:
– Nie! Zapłacę dziś wszystko co do grosza! Może pan pozwoli cygarko, panie egzekutorze!
Wtedy – czy z apokaliptycznego sufitu strzelił straszliwy grom? Nie! To był krzyk komornika, który padł rażony Piorunem Dziwu. I w tej samej chwili wytrysnęły mu z ramion białe, anielskie skrzydła, wyfrunął przez okno i wzniósł się, biedny i umęczony, na wysokości Twoje, o Wiekuisty.
Daj mu miejsce po prawicy tronu swojego.
Ja zaś, śledząc jego lot w lazury, piję arak, już bez wody, i pełną piersią chłonę ozon odrodzonego po burzy świata.
I na koniec tekst przywoływany przez podręczniki od języka polskiego, kiedy trzeba zilustrować pojęcie żargonu. Polonistki i poloniści lubią i znają „Ślusarza”. Czasami, gdy na lekcjach zapoznają z nim uczniów, zapominają, że jest po prostu śmieszny. Szczególnie puenta, choć pozornie mało „puenciarska”, zwala z nóg!
ŚLUSARZ
W łazience coś się zatkało, rura chrapała przeraźliwie, aż do przeciągłego wycia, woda kapała ciurkiem. Po wypróbowaniu kilku domowych środków zaradczych (dłubanie w rurze szczoteczką do zębów, dmuchanie w otwór, ustna perswazja etc.) – sprowadziłem ślusarza. Ślusarz był chudy, wysoki, z siwą szczeciną na twarzy, w okularach na ostrym nosie. Patrzył spode łba wielkimi niebieskimi oczyma, jakimś załzawionym wzrokiem. Wszedł do łazienki, pokręcił krany na wszystkie strony, stuknął młotkiem w rurę i powiedział:
– Ferszlus trzeba roztrajbować.
Szybka ta diagnoza zaimponowała mi wprawdzie, nie mrugnąłem jednak i zapytałem:
– A dlaczego?
Ślusarz był zaskoczony moją ciekawością, ale po pierwszym odruchu zdziwienia, które wyraziło się w spojrzeniu sponad okularów, chrząknął i rzekł:
– Bo droselklapa tandetnie zblindowana i ryksztosuje.
– Aha, powiedziałem, rozumiem! Więc gdyby droselklapa była w swoim czasie solidnie zablindowana, nie ryksztosowała by teraz i roztrajbowanie ferszlusu byłoby zbyteczne?
– Ano chyba. A teraz pufer trzeba lochować, czyli dać mu szprajc, żeby śtender udychtować.
Trzy razy stuknąłem młotkiem w kran, pokiwałem głową i stwierdziłem:
– Nawet słychać.
Ślusarz spojrzał dość zdumiony:
– Co słychać?
– Słychać, że śtender nie udychtowany. Ale przekonany jestem, że gdy pan mu da odpowiedni szprajc przez lochowanie pufra, to droselklapa zostanie zablindowana, nie będzie już więcej ryksztosować i, co za tym idzie ferszlus będzie roztrajbowany.
I zmierzyłem ślusarza zimnem, bezczelnym spojrzeniem. Moja fachowa wymowa oraz nonszalancja, z jaką sypałem zasłyszanymi po raz pierwszy w życiu terminami, zbiła z tropu ascetycznego ślusarza. Poczuł, że musi mi czymś zaimponować.
– Ale teraz nie zrobię, bo holajzy nie zabrałem. A kosztować będzie reperacja – wyczekał chwilę, by zmiażdżyć mnie efektem ceny – kosztować będzie… 7 złotych 85 groszy.
– To niedużo, odrzekłem spokojnie. Myślałem, że co najmniej dwa razy tyle. Co się zaś tyczy holajzy, to doprawdy nie widzę potrzeby, aby pan miał fatygować się po nią do domu. Spróbujemy bez holajzy.
Ślusarz był blady i nienawidził mnie. Uśmiechnął się drwiąco i powiedział:
– Bez holajzy? Jak ja mam bez holajzy lochbajtel kryptować? Żeby trychter był na szoner robiony, to tak. Ale on jest krajcowany i we flanszy culajtungu nie ma, to na sam abszperwentyl nie zrobię.
– No wie pan, zawołałem, rozkładając ręce, czegoś podobnego nie spodziewałem się po panu! Więc ten trychter według pana nie jest zrobiony na szoner? Ha, ha, ha! Pusty śmiech mnie bierze! Gdzież on na litość Boga jest krajcowany?
– Jak to, gdzie? warknął ślusarz. Przecież ma kajlę na uberlaufie!
Zarumieniłem się po uszy i szepnąłem wstydliwie:
– Rzeczywiście. Nie zauważyłem, że na uberlaufie jest kajla. W takim razie – zwracam honor: bez holajzy ani rusz.
I poszedł po holajzę. Albowiem z powodu kajli na uberlaufie trychter rzeczywiście robiony był na szoner, nie zaś krajcowany, i bez holajzy w żaden sposób nie udałoby się zakryptować lochbajtel w celu udychtowania pufra i dania mu szprajcy przez lochowanie śtendra, aby roztrajbować ferszlus, który źle działa, że droselklapę tandetnie zablindowano i teraz ryksztosuje.

