Julian Tuwim w Internecie

Opleologia

Zanim zaczniesz czytać, muszę ci powiedzieć o dwóch sprawach. Po pierwsze: mogłeś nie słyszeć o dziedzinie naukowej zwanej opleologią – w niniejszym artykule dowiesz się dlaczego. Po drugie: znajdziesz tu bardzo długie teksty (dużo czytania!), ale jak mowa o nauce, to nie ma co oszczędzać na precyzji przekazu.

Zaczynamy od recenzji J. Tuwima dotyczącej rozprawy W. Zuschnera „Opleologia jako treść i forma”. Recenzja ukazała się w 1937 roku w jubileuszowym 700-ym wydaniu „Wiadomości Literackich”.

OPLEOLOGIA

Zagadnienie opleologii (ściślej a słuszniej byłoby: opleotyki) w tym pojęciu, w jakim przedstawił je młody uczony poznański, właściwie po raz pierwszy rozpatrywane jest w Polsce. Jeżeli pominiemy krótką kompilację Kowalewskiego, zamieszczoną w księdze pamiątkowej słuchaczy N.S.B. wydanej jeszcze przed wojną w Krakowie, i dwa przygodne artykuły w prasie fachowej (m. in. niezłą, lecz niestety zbyt już dogmatyczną pracę prof. Wernera), rozprawa mgr. Zuschnera (*) jest pionierską pozycją w naszej ubogiej literaturze opleistycznej. Inaczej na Zachodzie, a w ostatnich czasach i w Rosji sowieckiej. Zrozumiano tam, że pierwszy przesadny, nieomal fanatyczny stosunek prozelitów opleizmu (Kirsch, Mundani) do słynnego podówczas hasła „symbolis ad symbola” zaszkodził tylko sprawie pogłębienia metod opleistycznych w zastosowaniu do innych dziedzin nauki, zrezygnowano z „totalnego”, jakbyśmy dziś powiedzieli, opleizmu – a ograniczając go do zadań skromniejszych, uczyniono zeń taktyczną, sprecyzowaną i jak się okazało, niezawodną funkcję, nie zaś, jak chciał Kirsch, „Verdingung des Lebens”. Nie mówiąc o Francji, gdzie „Etudes Opleistiques” ukazują się bez przerwy już 28 lat, nawet faszystowskie Włochy, zdobyły się na kwartalnik „Notizie Opleistiche”, nawet Trzecia Rzesza toleruje starą „Opleistische Rundschau”, a świeżo w Moskwie wydany „Opleołogiczeskij Sbornik” przedstawia się wręcz imponująco.

Niewielka lecz treściwa rozprawa mgr. Zuschnera ujmuje opleizm w sposób nowy i oryginalny. Po zwięzłej charakterystyce samej istoty zagadnienia, daje nam autor na czterech tablicach tzw. grafemy, tj. obrazowe, niezwykle precyzyjnie wykonane (w pięciu kolorach!) usystematyzowanie zjawisk „opleicznych”: prehistorię, starożytność, dzieje nowe i najnowsze (do r. 1930). Każda z tych epok zasadniczych podzielona jest na „pod-epoki”, których wykresy wskazują poglądowo, jakie formy odpowiadały jakiej treści w każdej z 32 podstawowych dziedzin wiedzy (moskiewski „Sbornik” daje ich 48). Każda grafema zaopatrzona jest w numer, co znacznie ułatwia obliczenia końcowe. Kolory uwydatniają pięć zmysłów (charakterystyczny szczegół: „Sbornik” wprowadza szósty, mianowicie „socjalnoje czuwstwo”). Wreszcie – ruchomy margines na każdej tablicy pozwala eliminować odcinki poboczne, przez co całość zyskuje na przejrzystości. Najciekawiej przedstawia się grafema pierwsza (prehistoria), w której ewolucja form zwierzęcych i roślinnych uwidoczniona jest równolegle do wzrastania „kręgów ustrojowych” i pomysłowo doprowadzona liniami etnologii i antropologii do zaczątków sztuki i poezji. Sfera każdego „opleonu” odgraniczona jest od następnego kolorowymi kreskami odpowiednich zmysłów. W tablicy IV (czasy najnowsze) prawy górny sektor poświęcony jest Polsce, przy czym lata 1918-1930, wcięte w „opleon gospodarczy”, tworzą wielotorowy plan przemian politycznych i dają jakby symboliczny „herbarz” każdego kierunku. Godła prądów literackich i humanistycznych idą przez całą szerokość planu na ukos, formując tzw. „opleony styczne”, doprowadzone aż do awangardy (w rubryce „Poezja”) i najnowszych zdobyczy „warszawskiej szkoły logistycznej” (w rubryce „Filozofia”).

Poza tym na specjalną uwagę zasługują umieszczone u dołu każdej tablicy „aspekty lingwistyczne” poszczególnych epok, gdzie z godną podziwu erudycją, podaje autor nazwy kilku zasadniczych utensyliów życia materialnego ludzkości (koło, pług, żarna, przekładnia i in.) w imponującej liczbie 360 języków i narzeczy! Szkoda, że wydrukowane są tak drobnym petitem, że przy odczytywaniu ich przydałoby się szkło powiększające, ale brak miejsca na tablicach usprawiedliwia autora i wydawców.

Rozprawę mgr. Zuschnera powinni posiadać w swej bibliotece nie tylko zwolennicy opleotyki, ale i ci wszyscy, którzy interesują się rozwojem naukowych metod poznawczych, nie mówiąc już o miłośnikach pięknych książek: dla bibliofila broszura ta jest istnym skarbem jako prawdziwe cacko graficzne przy niewysokiej stosunkowo cenie (zł. 3). Autorowi i wydawcom należy się wdzięczność i uznanie za zbogacenie polskiej literatury opleistycznej tak cenną i niezastąpioną pozycją.

Julian Tuwim

(*) Rozprawy Polskiego Tow. N.S.B. Seria II, Nr. 3. Mgr. Witold Zuschner. „Opleologia jako treść i forma”. Poznań, 1937; str. 72 i tabl. 4.

Recenzja ta wywołała żywą reakcję znanego Lwowiaka, radcy Strońcia, którego list do redakcji „Szpilek” możemy przeczytać poniżej:

Wielce Szanowny Panie Redaktorze!

W n-rze 14 (700) „Wiadomości literackich” z dnia 23 marca b. r. ukazał się artykuł p. Juliana Tuwima, poświęcony zagadnieniom opleologii.

Bliżej zajmować się tym artykułem nie widziałbym potrzeby, gdyby nie osoba autora, skądinąd utalentowanego poety, bibliomana i szperacza.

P. Tuwim, licząc prawdopodobnie na zaufanie, jakim jego nazwisko cieszy się w pewnych kołach czytelniczych, przede wszystkim jednak w nadziei, że mało kto w Polsce zajmuje się poruszonymi przez niego zagadnieniami, opublikował artykuł, który jest stekiem nieścisłości, niedokładności i wręcz nonsensów, tak że cały ten występ p. T. należy uważać za niesmaczną mistyfikacje naukową.

Pomijam już kwestię leksykologiczną, którą p. Tuwim rozstrzygnął apodyktycznie, pisząc: „zagadnienia opleologii (lepiej, a ściślej byłoby opleotyki…)”. Otóż tak nie jest. Co innego bowiem jest opleotyka a co innego opleologia, i ktoś kto by pomieszał te dwa pojęcia popełniłby taki sam błąd, jak ten, kto by nie odróżniał metodyki od metodologii. Ale nie o to nam chodzi!

Przystępując do recenzji z książki Zuschnera, p. Tuwim popisuje się erudycją i oczytaniem w literaturze opleistycznej, cytuje przy tym cały szereg dat i nazwisk mylnie i nie ściśle. W sposób bardzo wygodny autor uporał się z osobą Seweryna Kowalewskiego, nazywając jego prace „krótką kompilacją”. Otóż pozwolę sobie zwrócić uwagę p. Tuwima, że Seweryn Kowalewski (1867-1915) był jednym z najtęższych opleologów nie tylko polskich ale w ogóle europejskich, że tenże Kowalewski był do ostatniej chwili prezesem Galicyjskiego Tow. Opleologicznego (po jego śmierci towarzystwo zostało zlikwidowane i wcielone jako „Sekcja opleologów do Polskiego towarzystwa nauk skumatologicznych”), że przez długi czas prowadził tamże wykłady, które co jakiś czas ogłaszał drukiem (m. in. cytowana przez Tuwima rozprawa w księdze pamiątkowej N.S.B.) Nawiasem dodam, że Kowalewski ogłasza! swoje prace przeważnie w języku niemieckim uważał się do końca życia za Niemca, a prof. Kinzel który niejednokrotnie cytuje go w swoim czterotomowym dziele: „Ideen zu einer reinen Opleologie” nie mówi o nim inaczej jak „unser tuchtige Opleologieforscher”. Po Kowalewskim pozostał cały szereg skryptów i materiałów przygotowanych do druku; zdumiewające że dotąd nie znalazły się fundusze na wydanie pośmiertnych pism wielkiego uczonego. Tyle o Kowalewskim.

Cytując pozycje zagraniczne, p. Tuwim przeoczył cały szereg uczonych polskich, nie wspomniał również o 4-ym międzynarodowym zjeździe opleologów w Pradze w 1932 w którym wzięły udział m. in. takie nazwiska polskie jak Obokszycki, Szalejewski, Napierski (nie mieszać ze znanym krytykiem tego nazwiska) bracia Prugaiowie, Jan i Stefan Kunc i inni.

Natomiast iście zdumiewająca jest wiedza p. Tuwima, gdy chodzi o literaturę zagraniczną. Sypie jak z rękawa nazwiskami i datami bibliograficznymi, nic żałując sobie przy tym nazwisk zgoła fikcyjnych, jak np. ów Mondani(?!!). Zadałem sobie trudu i przewertowałem ostatnie wydanie ogromnego Eberlowskiego „Skumatologisches Lexikon” ale z przykrością nie znalazłem nigdzie śladu tego nieszczęsnego „Mundaniego”. Czyż by p. Tuwimowi pomieszało się z Moundrianem, autorem książki „Ueber den sgnn. Inaktualitatsmodus im skunialischen Aufnau des intuitionellen Gcgenstandes”? Chyba nie! Prawdopodobnie poniosła tu autora fantazja; po prostu – licencia poetica! A no cóż, można i tak!

Jeszcze mniej zrozumiałe są zachwyty p. Tuwima nad książką Zuschnera „Opleologia jako treść i forma”. Jest to praca chaotyczna, bezplanowa w metodzie i niezupełna, przeładowana szczegółami, które zaciemniają plan całości, i nieuwzględniająca nowych metod badawczych, tak modnej dziś szkoły lipskiej (Kerntopf, Kulpe, Hammersbach) Pozwolę sobie również zwrócić uwagę p. Tuwima, że przedmiotem badan opleologicznych nie jest bynajmniej „podawanie nazw utensyliów (dlaczego nie powiedzieć po prostu sprzętów) życia materialnego”, nad czym tak rozpływa się nasz sprawozdawca, ale przedmiotem badań są przede wszystkim pewne konkretne zespoły jakości, skumatycznie walentnych rozważane niezależnie od naszego poznawczego do nich stosunku, intersubiektywnie dane w doświadczeniu zewnętrznym, jako te same i takie same a mimo to i równocześnie intencjonalnie transcendentne zarówno w relacjach do innych zespołów jakości, jak też i do wewnętrznych elementów strukturalnych układu. Natomiast to, co ma na myśli p. Tuwim nie należy już, ściślej biorąc, do zakresu i przedmiotu badań opleologii i zostało już dawno wyemancypowane w osobną dyscyplinę poznawczą tzw. „naukę o prefizmatach”

Wspomniana książka nie usprawiedliwia zatem entuzjazmu szanownego sprawozdawcy i szkoda tylko że wydana została z takim nakładem kosztów i trudu. I tu p. Tuwim ma rację! Książka wydana jest rzeczywiście z rzadkim jak na nasze stosunki wydawnicze smakiem i starannością.

Wracając do tematu – jeszcze jedna uwaga. List niniejszy wysłałem do redakcji „Wiadomości Literackich” sądząc, że redakcja udzieli na swoich łamach głosu człowiekowi starszemu, o jakim-takim nazwisku naukowym, który przeszło 20 lat poświęcił badaniom z zakresu opleologii i który w imię obiektywnej prawdy naukowej pragnął sprostować nieścisłości jednego z współpracowników pisma. Jednakże spotkał mnie zawód. Redaktor nie tylko nie wydrukował mojego listu, ale nawet nie uważał za właściwe odpowiedzieć mi. Jakkolwiek specjalnie o to w liście prosiłem, załączając znaczek na odpowiedź! Oto mały przykład dobrych obyczajów prasowych panów z ul. Złotej!

Proszę o przyjęcie wyrazów szacunku i łączę uścisk dłoni

Radca Strońć (Lwów)
Członek-korespondent krakowskiego
T.N.O.S.

Teraz już chyba nie mamy wątpliwości, że opleologia jest zmyśloną dziedziną wiedzy. Tekst Tuwima wrzucony w dość poważny numer „Wiadomości”, które ze względu na wspominany jubileusz ukazywało się w zwiększonej objętości, miał nieco nakłuwać balon powagi. Bo i rzeczywiście było to wydanie szczególne – dość powiedzieć, że artykuł Tuwima sąsiaduje z alfabetycznym wykazem autorów, którzy pojawili się w 700 wydaniach tygodnika. Zabawa miała ciąg dalszy, bo „Szpilki” w następnym numerze zamieściły kolejny artykuł na ten temat (autor niestety pozostał mi nieznany).

Szanowny Panie Redaktorze!

W związku z toczącą się na lamach pisma Szanownego Pana Redaktora dyskusją w sprawie opleologii, niechaj wolno mi będzie, jako nestorowi polskich opleologów, zabrać głos w kilku sprawach zasadniczych, poruszonych przez radcę dr. Strońcia.

Na samym wstępie pragnę wyrazić ubolewanie z powodu toczenia się tej dyskusji na łamach pisma niefachowego, chociażby tak poważnego, jak „Szpilki”. Wszak ma my nasze własne czasopisma fachowe, jak „Kwartalnik Opleologiczny”, który w swoim czasie założyłem z mym nieodżałowanej pamięci przyjacielem Sewerynem Kowalewskim. Poza tym „Biblographical lndex of Opleology” (Baltimore 1935) wykazuje w czasopiśmiennictwie polskim jeszcze dwie pozycje: „Skumatyczne Zagadnienia Opleologii”, oraz zlikwidowane „Roczniki Opleologiczne”. Jest mi przeto rzeczą nad wyraz przykrą, że nasza nauka, dostępna jedynie nielicznej garstce fachowców, przeniknie, przeniknie do szerokich mas i stanie się, razem z teorią Einsteina (której bezpodstawność z punktu widzenia opleologii, wykazał Franz Klobsch) i freudyzmem, ośrodkiem rozmów w tak zw. „salonach”.

Chociaż bardzo wysoko cenię pana dr. Strońcia (szczególnie za jego rozprawę doktorską: „O czterech stronach opleologii i możliwej trzeciej”, Kraków 1916), mimo to nie zgadzam się z jego ostrą krytyką recenzji Juliana Tuwima. Prawdą jest, że w swym sprawozdaniu z książki Zuschnera, Tuwim pomieszał pojęcie opleologii z pojęciem opleotyki i jego definicja („podawanie nazw utensyliów”) jest płytką, jednakże stanowczo muszę przeciwstawić się poglądowi dr. Strońcia. jakoby pewne konkretne zespoły jakości, skumatycznie walentne były rozważane niezależnie od naszego poznawczego do nich stosunku. Jest to, mówiąc uprzejmie – wierutny absurd. Albowiem czy nie wiadomo dr. Strońciowi, że skumatyczne walencje apercypowane same w sobie i przez się, dowodzą istnienia ponadrealności subiektywnie przetransponowanej? A jeżeli tak jest (w co dzisiaj, po ukazaniu się mojej książki ,,The Scumantical Theory of Psychical and Paracoptical Opleology”, Londyn 1912, nikt nie wątpi), to przecież zupełnie logicznym wnioskiem jest, że odwrotnie: skumantyczna intraparacepcyjna jakość ilości, wzięta jako część w swej całości, odpowiada właśnie zależności skumatycznie walentnych rozważań od naszego poznawczego do nich stosunku! To przecież dziś wie każdy uczeń szkoły powszechnej!

Zasadniczym błędem według mnie, jaki dr. Strońć popełnia, to spolszczenie, używanego przez Tuwima terminu „utensylia” przez „sprzęty”. Przecież w opleologii nie chodzi o sprzęty w rodzaju nocników lub innych, ale właśnie o „utensylia”. Jako pojęcie reakratalnych mierników wkraczania proenecji w okres naszej supraświadomości. Wykazał to dawno mój uczeń Mozerson w swej pracy: „Quelques Aspects sur la Opleologie”, (Kwartalnik Opleologiczny, Tom 342, str. 766, rok 1922). Wskazywał też na to profesor Kerntopf, z którego poglądami (jak i zresztą całą tzw. „szkołą lipską”) nie zgadzam się. Szkoła ta bynajmniej nie jest tak modna, jak p. Strońć twierdzi, szczególnie skompromitowała się w atakach na moją koncepcję intrawitalnej pacepecji, ale przyznać należy, iż w swej pracy „Ueber die grundlegen de Gedanken zu einer neuen und alten Opleologie”, Kerntopf słusznie wskazywał na różnicę pomiędzy „utensyliami” a sprzętem.

Natomiast ma pełną słuszność p. dr. Strońć zarzucając Tuwimowi przeoczenie całego szeregu uczonych polskich. Jest to rzecz spotykana na porządku dziennym: że cytując tak drugorzędne siły, jak Kerntopf, lub inni, nie podoje się wybitnych nazwisk opleologów polskich; Ale dlaczego w takim razie p. radca Strońć zapomniał podać i moje nazwisko, chociaż jestem nestorem polskich opleologów i uczniowie moi rozsiani dzisiaj po całej Polsce, na własną rękę tworzą szkoły i szkółki opleologiczne? A przecież to nikt inny, juk ja właśnie byłem pierwszy, który wespół z Kowalewskim ogłosił „Fundamenta Opleologlale” (Lipsk 1903): Tego dr. Stońć zdaje się nie wiedzieć, podobnie, jak już zapomniał, gdy w roku 1921 na 1 Zjeździe Opleologii Polskiej, w uprzejmy sposób rozmawiałem z nim przez 5 minut! Niektórzy ludzie moją zaiście pamięć dziwnie krótką!

Tych oto kilka uwag pragnąłem dorzucić dla wyjaśnienia nieporozumień między Julianem Tuwimem a radcą dr. fil. Strońciem.

Łączę wyrazy głębokiego popoważania

Prof. dr. Bolesław Kupa
Profesor Dr. phil. i iur.
Nestor Polskich Opleologów i sekretarz gen. „Union Intern. de la Opleologie” przy Lidze Narodów.

Szum jaki się wytworzył wokół zmyślonej rozprawy Zuschnera był na tyle duży, że do warszawskich księgarń zaczęli się zgłaszać czytelnicy, pragnący ją zamówić i zakupić. Jak widać dowcip udał się dobrze, może nawet za dobrze 😊.

Idea opleologii została przypomniana po wojnie. W pierwszym powojennym bożonarodzeniowym numerze „Dziennika Zachodniego” w rubryce „Pod włos” pojawiała się relacja z…

I-SZY OGÓLNOPOLSKI ZJAZD OPLEOLOGÓW

Katowice. W tych dniach odbył się u nas pierwszy po wojnie Ogólnopolski Zjazd Opleologów. Za przykładem bowiem przedstawicieli innych zawodów, że wymienimy tutaj tylko bimetalistów, podróżników, cyklistów oraz zwolenników parmezanu, którzy nabrali szlachetnego zwyczaju, by pierwsze swe powojenne zjazdy urządzać na odzyskanych ziemiach zachodnich, również i opleolodzy postanowili, aby taki ich j pierwszy powojenny zjazd odbył się j właśnie na naszym terenie.

Co to są opleolodzy i co to jest opleologia?

Niewątpliwie niektórzy z nas przypominają sobie sprzed wojny, że opleolodzy polscy już wówczas rozwijali ożywioną działalność, czemu dał wyraz swego czasu w jednym z numerów „Wiadomości Literackich” Julian Tuwim. Dalsze echa, dotyczące aktywności opleologów spotykaliśmy w „Szpilkach”, zaś o wielu innych echach nie donosił nikt. Opleolodzy tymczasem tworzyli silny i dobrze zorganizowany związek, który dział dla dobra społeczeństwa i należy się dziwić doprawdy – przykro jest wprost pisać o tym, – że społeczeństwo to było i jest tak mało poinformowane o istocie, celach, tudzież ideologii opleologii.

Opleologia jest nauką. Nauką, zajmującą się badaniem właściwego znaczenia wyrazów. Wielkim wyczynem na przykład opleologii jest wynalezienie tzw. gramatyki czwartego wymiaru (duże w tym względzie zasługi położył znany opleolog Marian Hemar).

Gramatyka czwartego wymiaru zasadza się na ścisłym i źródłowym badaniu, jaką wędrówkę odbywają w dziejach mowy rzeczowniki, czasowniki, zaimki itd. Na podstawie tych ścisłych i źródłowych badań okazuje się, że np. bardzo wiele czasowników poprzemieniało się w rzeczowniki i odwrotnie.

Weźmy, dajmy na to, choćby sam wyraz „Gramatyka”. Dla człowieka, nie mającego pojęcia o opleologii wyraz ten oczywiście nic nie mówi. Ot, gramatyka, to gramatyka. Rzeczownik. Tymczasem jest to wprawdzie rzeczownik, z trzech czasowników: grać, mieć i tykać. Kiedyś odmieniał się ten wyraz, rzecz jasna, w formie czasownikowej, która to brzmiała tak:

Gram, mam, tykam.
Grasz, masz, tykasz.
Gra, ma, tyka.

Ponieważ ludzie dawniej nie interesowali się opleologią, więc o takiej odmianie zapomnieli, tak, że dzisiaj jest ona dla nich rewelacją. Nie jest nim jednak dla – opleologów.

Celem zbliżenia czytelników naszych z zasadami opleologii, podamy tutaj jeszcze kilka innych przykładów z dziedziny badań opleologicznych. A więc wyraz „katarynka”. Jest to na pozór jeden rzeczownik. Tymczasem w rzeczywistości mamy tu do czynienia z dwoma rzeczownikami: Katar i Rynka.

Potem, weźmy powiedzmy taki wyraz: Ojciec. Niby, prawda ojciec – i koniec. A tymczasem jest to wyraz złożony z wykrzyknika ,,Oj!” i czasownika „ciec” (od cieknąć). Tak samo jak matka. Są to przecież dwa czasowniki połączone: Mieć i Tkać. Albo taki czasownik, jak „zadeklamować”. Składa się on faktycznie z rzeczownika i czasownika (zadek i lamować).

I tak dalej i dalej.

Kilka tych suchych przykładów mamy nadzieje wystarczy, aby czytelników naszych zaznajomić choć z grubsza z zasadami opleologii. Przejdźmy zatem do następnego punktu naszych rozważań, czyli do celów opleologii oraz do jej ideologii.

Cele opleologii, jak każdej nauki ścisłej, są ściśle wytknięte. Opleologia dąży do tego, aby każdy z nas, o ile możności, rozumiał czym jest język i do czego służy. Ideologia opleologii jest natomiast szlachetna. Zasadza się bowiem na bezinteresowności I na ogólnoludzkich ideałach. Opleologia nie popiera np. spożywania grzybów trujących, ani też nie nakazuje swoim członkom noszenia spodni w kolorze pepita. Opleologia popiera wszystko, co tylko da się popierać, a w szczególności: Szerokie horyzonty, platformę, dążenie wzwyż i to, co się należy.

Przejdźmy jednak do meritum sprawy, czyli do samego Zjazdu.

Otóż Pierwszy Powojenny Ogólnopolski Zjazd Opleologów był prawdziwą manifestacją. Opleologia która na skutek wojny wiele ucierpiała, wykazała jednak, że niestraszny dla nas burzy czas, oraz że hej ramię do ramienia.

Zjazd został licznie obesłany przez czołowych opleologów z kraju. Wzięli w nim udział: Profesor zwyczajny opleologii, dr. honoris causa uniwersytetu w Bamako, Paznaży Peristyl, dalej pewien, znakomity opleolog, niestety bawiący na zjeździe incognito, następnie mój przyjaciel, ob. Brzdęk (przyszły docent opleologii na Wyższych Kursach Gotowania na Gazie), w końcu paru zdolnych adeptów opleologii, oraz niżej podpisany jako sprawozdawca.

Wśród zaproszonych gości zauważyliśmy kilka osób.

Zjazd ten zaszczycili również swoją obecnością przedstawiciele zagranicy. A więc przybyli:

Sir Horacy Londonbridge, reprezentant „Royal Society of Opleology” z Londynu, prof. Antoine Foliesbergere, przedstawiciel „Soeiete d’Oplcelogie” z Paryża, Don Fernando Guadelupa, przedstawiciel „Societad d‘Opleologia” z Meksyku, Mr. G. M. S. (George Morton Sunbeam) Smith, przedstawiciel „Opleological Association” z Nowego Jorku, p. Gianbattista Tromtadrati, przedstawiciel „Associacionie di Opleologia” z Rzymu, oraz dr Suń-Mu, przedstawiciel „Dziń-Tzang-Weń”, czyli Ogólnochińskiego Towarzystwa Opleologicznego z Szanghaju.

Do uczestników zjazdu przemówił prof. Paznaży Peristyl, wskazując na cele i zadania opleologii w ujęciu tematycznym. Zwrócił przy tym uwagę na coraz bardziej rozwijające się możliwości sombreryzmu (huczne brawa ze strony delegata Meksyku) oraz na sposób przejmowania promieni ultrakrótkich przez pieczeń cielęcą z groszkiem (okrzyki: Niech żyje!).

W dalszym ciągu swego przemówienia, znakomity Opleolog, (którego, jak to już zaznaczyliśmy, uniwersytet w Bamako nagrodził doktoratem honoris causa za znane prace z dziedziny opleologii, że wyliczymy tylko jego sławne trzytomowe dzieło p. t. „Wpływ opleologii na fabrykację pantofli” . oraz broszurę „Czy opleolog może być zwolennikiem benzyny syntetycznej?”) poruszył kwestię uznania kwarcytu za minerał, z czym na ogół wszyscy się zgodzili. Następnie, przeszedł on do najważniejszej części swego referatu, a mianowicie do skonstatowania, że mimo wszystko zbyt wczesne wstawanie może odbić się na humorze wstającego. Po wyczerpaniu tego interesującego tematu, mówca określił Antymonię jako małżonkę Konsula rzymskiego Antymona z czym jednak nie wszyscy się zgodzili. W zakończaniu swego przemówienia prof. Peristyl wzniósł okrzyk na cześć tak ulubionej przez siebie marchewki.

W ożywionej dyskusji, jaka się rozwinęła po tym referacie, zabrał głos jako pierwszy ob. Brzdęk, który stwierdził, że gość w dom, a głupiemu radość. Następnie omówił pokrótce znaczenie wyrazu „Reprewentoryjność” po czym przeszedł do wykazania, że nie zawsze jest tak, jak być powinno.

Następni mówcy, a było ich kilku, zaznaczyli zgodnie, że dobrze by było otworzyć okno, gdyż na Sali jest nieco gorąco. Uwagi te zostały przyjęte przez aklamację.

Przystąpiono teraz do drogiej części obrad, czyli do wysłuchania referatu gościa zagranicznego, Mr. G. M. S. Smitha z Nowego Jorku na temat: „Opleologia a Dętologia” (Opleology and Dętology). Podajemy go niniejszym w streszczeniu.

Mówca zaraz na początku zaznaczył, że kieruje nim jedynie chęć wyświetlenia Prawdy. Dalej orzekł, że jeśli chodzi o działalność pirotechników, ta on do niej nie przywiązuje zasadniczo żadnej wagi. Owszem, uznaje pewne osiągniecia panterynostratów, ale uważa, że chyba wszyscy (huczne oklaski zebranych) z nim się zgodzą, że to zupełnie nie przemawia do przekonania ludności Archipelagu Fidżi.

Z kolei poruszył w paru słowach konieczność występowania razem, ale zaznaczył że aspekt introspekcji indywidulanego transcendentalizmu nie zawsze może iść w parze z termopsychorycznym kwalifikowaniem perspektywicznych premontoryzmów.

Tu poprosił o głos przedstawiciel Chin dr. Suń-Mu, przepraszając zebranych, że musi na chwilę wyjść. Po udzieleniu mu absolutorium wrócono do przerwanych obrad.

Mr. G. M. S. Smith omówił dalej następujące kwestie: Podnoszenia zapór kolejowych, ukazywania się w oknie, oraz zaczynania powieści od stów: „Był piękny ranek majowy…”

Na zakończenie mówca napił się wody po czym usiadł.

Huczne oklaski nagrodziły te niezwykle ciekaw wywody, po czym zebrani przeszli do dyskusji szczegółowej. Dr. Suń-Mu, który właśnie powrócił, poprosił pierwszy o głos i powiedział tak:

– Ming – Tang – Meng – Dziń – Dziń – Dziń.

Na te słowa oznaczające, że: „Najwyższy już czas pójść na wódkę” zerwała się bursa oklasków, którą z trudem udało się uspokoić przewodniczącemu prof. Peritylowi. Powiedział on, że przed wyczerpaniem dyskusji mowy o tym być nie może.

Wobec powyższego zabrał głos, jako drugi, p. Giambattista Tromtadrati i oświadczył, że jego zdaniem pansynchroniczność nie jest do pogardzenia. Ostatecznie można z niej odrzucić i to i owe, a zwłaszcza owo, niemniej jednak w porównaniu z penelopeizmem posiada ona dość duże znaczenie.

Po wyjaśnieniu mówcy przez przewodniczącego, że przecież nie o to chodzi, wszedł na trybunę Don Fernando de Gwadelupa i orzekł, że sprawa calichloricum jednak za mało była omawiana. Znakomity opleolog meksykański podkreślił z naciskiem, że przemawia w imieniu licznej rzeszy opleologów, składającej się z iluśtam członków, i że nie jest wcale jego zamiarem przedłużać dyskusję, tudzież wywoływać nastrój, jakoby kwestia przekazywania mityngowców o wartościach odżywczych salami była zupełnie błaha. Mówca podał dalej, że zawsze stał na stanowisku, iż te sprawy należy traktować globalnie tudzież merytorycznie.

W tym miejscy ob. Brzdęk zapytał, co to znaczy „merytorycznie”, co mu szczegółowo wyjaśnił prof. Antoine Foliesbergere. Zabrał on też następnie głos i nakreślił z właściwą sobie finezją i wdziękiem dzieje powstania od stołu, biorąc pod uwagę poszczególne epoki historyczne, a zwłaszcza epokę lodowcową. Dalej omówił on syntetycznie znaczenie noszenia krawatów, oraz oświadczył, że zawsze będzie się kategorycznie sprzeciwiał takiemu ujmowaniu sprawy, jakoby do fraka nie wolno było wdziewać butów z cholewami.

Przewodniczący wyjaśnił w tym miejscu, że nikt z obecnych temu się nie sprzeciwia, wobec czego prof. Antoine Foliesbergere zaczął mówić dalej na temat przypływów i odpływów morza w Zatoce Biskajskiej w dniu 17 lipca w przyszłym roku. Wywody swoje podpierał licznymi dowodami i łokciem.

Ostatni przemawiał Sir Henry Londonbridge, który wykazał różnicę, jaka istnieje pomiędzy gronostajami a winogronami, oraz podkreślał swój udział w wyprawie jachtem „T IV” na połów ryb. Zaznaczył przy tym, że nigdy nie spodziewał się, że dostanie wtedy kataru.

Po wyrażeniu mu współczucia przez obecnych, I-szy Powojenny Ogólnopolski Zjazd Opleologów został zamknięty.

Po wyjściu z sali obrad uczestnicy Zjazdu odbyli krótką wycieczkę tramwajem.

Niejaki X

Czy w czasach późniejszych ktoś pisał o tej nauce? Tego nie wiem. Hasło ze słownika Doroszewskiego sugeruje, że tak, ale ponieważ nie dysponuję materiałem źródłowym, to na poniższym zakończę przydługawe cytowania.

hasło opleologia w słowniku

* * *

Tuwima nie było za wiele w powyższym nawale tekstów, dołączam więc jego wierszyk z tygodnika „Nowa Kultura” z 1952 roku, który w jakimś dalekim sensie nawiązuje do zagadnień omawianych w niniejszym artykule:

SIŁA PRZYZWYCZAJENIA, CZYLI O NAUCZYCIELU GRAMATYKI DEKLAMUJĄCYM „PANIĄ TWARDOWSKĄ”

Gdy wszedł na estradę, był blady, speszony…
Coś szeptał… Dosłyszałem tylko szept przestraszony:
         „Ja jem, piję, lulkę palę,
         Ty jesz, pijesz, lulkę palisz,
         On, ona, ono je, pije, lulkę pali,
         My jemy, pijemy, lulkę palimy,
         Wy jecie, piecie, lulkę palicie
         Oni, one…”
I teraz jak nagle nie wrzaśnie! – :
         JEDZĄ, PIJĄ, LULKI PALĄ!!!
I już do końca poszło mu jak po maśle…