Julian Tuwim w Internecie

Tuwim w „Szpilkach”

Nie ma to jak współpracować z pismem, które nie miało nawet pierwszego numeru. Mowa o „Szpilkach” – lewicowym tygodniku satyrycznym, który zamierzał wypełnić lukę po sławnym „Cyruliku Warszawskim”. W wielu źródłach podaje się, że pierwszy numer został skonfiskowany przez cenzurę, ale sam Eryk Lipiński w książce „Drzewo szpilkowe” nie potwierdza tej wersji, pisząc po prostu: „Pierwszy numer »Szpilek« oznaczono cyfrą 2. Ukazał się 15 grudnia 1935 roku.” W tym „drugim” numerze połowa materiałów została cofnięta przez cenzurę, więc białe plamy i tak robiły wrażenie. Tak w ogóle to cenzura ostro poczynała sobie z pismem, bo numery 3 i 5 w całości zostały przez nią skonfiskowane. Ale nie urząd kontroli był najgorszym wrogiem tygodnika, ale dystrybucja i sprzedaż. Bo napisać, złożyć i wydrukować pismo, było łatwiej niż sprzedać – szczególnie, gdy prosanacyjny monopolista „Ruch” nie chciał brać udziału w dystrybucji. Być może historia periodyku szybko by się skończyła i dziś mało kto by o nim pamiętał, gdyby w kłopotach finansowych nie pomógł… Ale nie uprzedzajmy faktów 😊. Oddajmy głos Erykowi Lipińskiemu, zastępcy szefa „Szpilek”:

Pewnego dnia dwie uczennice gimnazjum Wereckiej w Warszawie odważyły się pójść do teatrzyku „Banda” przy Mokotowskiej 73, aby zdobyć autograf poety Juliana Tuwima, który dla pisał dla „Bandy” wiele tekstów i miał tego dnia tam być, jak się telefonicznie wywiedziały. Były to Wanda Nebelska, później zamężna Bronisławowa Syrokomla-Stefanowska (…) i jej przyjaciółka Anna Gosławska, z czasem moja żona i rysowniczka „Szpilek” pod pseudonimem Ha-Ga. Tuwim bardzo się wzruszył, ponieważ był to akurat pierwszy dzień wiosny, obdarzył dziewczęta autografami, zaprosił za kulisy i od tego czasu bardzo się z nimi zaprzyjaźnił (…).

No i jak już Anna Gosławska stała się Ha-Gą, to przedstawiła Tuwima swojemu ukochanemu czyli Lipińskiemu. Chciało by się zażartować: „a jednak nepotyzm” 😊. Nawiasem mówiąc: vice-naczelny „Szpilek” wtedy jeszcze studiował! Przeczytajmy co z tego wynikło:

(…) przy zakładaniu „Szpilek” krępowałem się do niego zwracać z propozycją współpracy. On wielki, sławny, jego wiersze znała na pamięć cała młodzież, a my – nieznani, w dodatku bez pieniędzy. Z czym do gościa! Aż tu nagle otrzymuję list, datowany 12 III 1936 r., wysłany przez Tuwima z Gräfenberku (…). Poeta pisze:

Drogi Panie!

(…) „Szpilki” dobre, dowcipne – i, jeżeli Pan mnie przyjmie, chętnie zostanę współpracownikiem. Tymczasem teoretycznie, gdyż na urlopie silent Musae; gdy wrócę do Warszawy, jak najchętniej będę służył praktycznie i realnie. Honoraria zacznę brać, gdy pismo osiągnie nakład 25 tysięcy egzemplarzy. (…)

I najważniejsze: jak się miewa luba Haneczka?
Ściskam serdecznie dłoń
Julian Tuwim

List Tuwima pozwolił znaleźć inwestora – można powiedzieć w ostatniej chwili – od dwóch tygodni brakowało pieniędzy na wydawanie pisma. Od maja 1936 roku stał się Tuwim rzeczywistym współpracownikiem tygodnika. Deklarowana wysokość nakładu – 25 tysięcy – oznaczała, że teksty swe oddawał „Szpilkom” za darmo. I choć publikowały tam takie sławy jak Gałczyński czy Ginczanka, to dopiero obecność jakiegoś wiersza Tuwima podnosiła sprzedaż do 10 tysięcy. Przez trzy lata poeta w miarę systematycznie dostarczał kolejne utwory o różnym charakterze. Począwszy od tekstów komentujących wydarzenia polityczne, skończywszy na czysto humorystycznych.

Zacznijmy przegląd tuwimowych drobiazgów od refleksji na temat zbyt przyjacielskiego przyjęcia policyjnej delegacji z hitlerowskich Niemiec:

NA WIZYTĘ POLICJI NIEMIECKIEJ W WARSZAWIE

Gość w dom – Bóg w dom.
Ze staropolską gościnnością,
Gość w dom – Bóg w dom,
Bardzośmy radzi miłym gościom!

Gość w dom – Bóg w dom!
I rozumiemy, naturalnie,
(Gość w dom – Bóg w dom!)
Że Kordian witał ich kordialnie.

Gość w dom – bim bom!
Dzwony radości już na progu!
Bim! bom! – gość w dom!
A gdy gość z domu – dzięki Bogu!

1936

Dla uciechy przy lekturze, wybrałem też mniej publicystyczne wierszyki:

WNIOSEK

Mówisz mi, że masoni to sekta padalcza,
Że po uszy ugrzęźli w obłudzie i brudzie.
Nie wiem… Nie znam tych panów. Lecz, że ty ich zwalczasz,
Więc sądzę, że to dobrzy i porządni ludzie.

ŹRÓDŁO

Czasy są takie, że jak Żydek p…nie,
Zaraz szukają źródeł w Kominter(d)nie
I uciążliwe to, i bardzo głupie
Bo czyż nie łatwiej znaleźć powód w d…e?

ŚMIERDZIEL

Przyszedł śmierdziel do ogrodu
I stwierdził,
Że się ktoś dopuścił smrodu,
Bo śmierdzi.

Stanął śmierdziel, żeby fakt ten
Ustalić
I coś w związku z tym nietaktem
Uchwalić.

Więc się śmierdziel zebrał licznie
W drzew cieniu,
Protestując energicznie
W imieniu.

Potem ruszył po ogrodzie
Pochodem,
Krzycząc: „Hańba! Precz, narodzie,
Ze smrodem!”

Krzyczał, ryczał, ducha sławił
(Nie ciało),
Ale gdzie się tylko zjawił –
Śmierdziało.

Z tego morał się wywodzi
Dla wielu:
Nie protestuj, gdy sam smrodzisz,
Śmierdzielu.

* * *

Przygodę z pismem przerwała wojna. Po sześciu latach przerwy, prawie ten sam skład osobowy co przed wojną, przystąpił do reaktywacji pisma. W tym czasie Tuwim przebywał w Nowym Jorku. Zanim poeta wrócił do Polski, nawiązał kontakt z redakcją „Szpilek” – omawiał między innymi odszukanie i wydanie „Balu w operze”. Niedługo przed przybyciem ukazał się wiesz Jerzego Ludwika Kerna, będący swoistym zaproszeniem do powrotu:

NA SPODZIEWANY PRZYJAZD JULIANA TUWIMA

Kiedy wreszcie przyjedzie Pan do nas,
wiosna będzie już w kraju zielona z
tymi bzami, o których nocami
wiersze pisał Pan z wdziękiem i łezką,
pod innymi, obcymi gwiazdami,
nad Tamizą, rzeką angielską.

Będzie wiosna w Kaliszu, Serocku,
obok knajpy w Krościenku i w Płocku.
W Bambierzynie, tuż zaraz przy stacji
będzie w pączkach akacji pachniała,
bo z okresu minionej sanacji,
na pamiątkę wiosną została.

Wiosna będzie czekała na Pana,
w łódzkich, znanych przez pana, kasztanach.
W łódzkich parkach, gdzie jako Indianin,
Rączy Jeleń z ulicy Andrzeja,
jak Siuks jakiś, lub jak Mohikanin,
dzikie wojny toczył Pan nieraz.

Miasto jeszcze pamięta, jak latem
w klipę grywał Pan pod magistratem,
w przerwach z pasją studiując Homera.
Potem przyszedł iluzjon i bioskop,
i spacery ulicą Piotrkowską,
i skłonności do Baudelaira.

Zresztą w mieście się nic nie zmieniło.
Takie samo jest miasto jak było.
Dymią wszystkie kominy fabryczne.
Tylko nazwy znajomych bioskopów,
od dość dawna, mniej więcej od roku,
pozmieniano na patriotyczne.

Lecz gdy wreszcie zamieszka Pan w Łodzi
po dniach kilku Pan z tym się pogodzi,
My tymczasem będziemy czekali
przy bufecie na Dworcu Fabrycznym,
żeby ujrzeć jak wjedzie z oddali
Pański pociąg z ładunkiem lirycznym.

Z perspektywy czasu można powiedzieć, że rzeczywistość nie okazała się tak optymistyczna, jak się spodziewano. Ale Tuwim wciąż był okazjonalnym współpracownikiem tygodnika, choć przez 6 powojennych lat opublikował tam o wiele mniej, niż w czasie 3 lat przedwojennych. Zawdzięcza „Szpilkom” swój jedyny powojenny tomik poezji, o którym można by powiedzieć, że zawiera (również) niewydawane do tej pory rzeczy – „Piórem i piórkiem”. Trzeba jednak przyznać, że były to w większości teksty przedwojenne – między innymi: wyjątki z „Jarmarku rymów”, „Bal w operze” i „Z wierszy o Małgorzatce”. Sporą porcję wierszy pismo opublikowało po śmierci poety, a jeden z numerów w ogóle był dedykowany Tuwimowi.

Przeczytajmy dwa przykłady powojennych, szpilkowych publikacji.

RYM-CYM-CYM!

Papież Urban, papież Urban,
Zamiast tiary nosił turban.
Czyżby Urban tiarę zgubił?
Czyżby turban bardziej lubił?

         O, nie! o, nie! o, nie!
         Po prostu rym tak chce.
         I któż się będzie spierał z nim?
         Jak rym, to rym i rym-cym-cym!

Empedokles, Empedokles
Rzekł do szwagra: „Stłasny okles!”
Czy był dzieckiem? Czy seplenił?
Czy się pieścił? Czy się lenił?

         O, nie! o, nie! o, nie!
         Po prostu rym tak chce.
         I któż się będzie spierał z nim?
         Jak rym, to rym i rym-cym-cym!

Pan Onufry, pan Onufry
Kupił sobie cztery kufry.
Na to pani Onufrowa:
„Rany Boga! Czyś zwariował?”

         O, nie! o, nie! o, nie!
         Po prostu rym tak chce.
         I któż się będzie spierał z nim?
         Jak rym, to rym i rym-cym-cym!

Nasz Ildefons, nasz Ildefons
Mówił kiedyś przez telefon z
Panią Sztycką z radomskiego…
Czyż w tym jest coś niezwykłego?

         O, nie! o, nie! o, nie!
         Po prostu rym tak chce.
         I któż się będzie spierał z nim?
         Jak rym, to rym i rym-cym-cym!

Pan Ajacki – straszna d..a,
Pan Bajacki – straszna d..a,
Pan Cajacki – straszna d..a,
Pan Dajacki – straszna d..a,
Pan Ejacki – straszna d..a,
Pan Fajacki – straszna d..a,
Pan Gajacki – straszna d..a,
Odadozet – same d..y!

         A rym? a rym? a rym?
         A do cholery z nim!
         Rym – niech Tuwim, Jastrun, Staff da!
         Nie ma rymu, za to prawda.
         Rym-cym-cym, ta-da-ra-ta.
         Rym-cym-cym!

1947

„W-WA”

Kto pisze zamiast Kraków – K-ków?
Nikt. Nie ma w Polsce takich kpów.

Komu by wlazło w mózgownicę
Na K-wice zmieniać Katowice?

Czy kto z Bydgoszczy robi B-oszcz?
(Jeżeli zrobi, to go schłoszcz).

Albo z Białegostoku – B-stok?
(Dostałby za to butem w bok).

Czy jest gdzieś znane jakieś Z-ane? (*)
Czy ktoś tak skraca Zakopane?

Nie ma też u nas takich praw,
Żeby z Wrocławia robić W-aw.

A skądże ta nawyczka zła,
Zamiast: Warszawa, pisać: W-wa?

Kto to wymyślił, licho wie!
W War-sza-wie mieszkam, a nie w W-wie!

Kto z ośmiu liter robi trzy,
Mam go za cztery. Nie chcę W-wy!

Kto o Jej dobre imię dba,
Pisze: Warszawa, nigdy: W-wa!

A który z was napisze tak,
Ten nie warszawiak jest, lecz wwiak.

(Prawda, mój Wiechu, że to śmiech?
Prawda, że jesteś Wiech, nie Wwiech?)

– Kocham Cię, piękna! Kocham, o
Stolico moja! (A nie st-co!)

Wiwat WARSZAWA! Czcijmy Ją!
Precz z obrzydliwą, głupią W-wą!

         J. T. poeta, co pochodzi
         (Mówiąc najkrócej) z miasta Łodzi.

(*) Z-ane, nie: Za-ne! Bowiem Za-ne
Może być brzydko zrozumiane.

* * *

Dziś przy czytaniu i oglądaniu „Szpilek” z lat 40-tych i 50-tych, słusznie mogą nas mierzić antyzachodnie karykatury czy teksty nazbyt zgodne z obowiązującą linią partyjną. Wyjątkowo źle wytrzymały próbę czasu. Ale nawet wtedy poziom trzymała satyra obyczajowa – szczególnie rysunki Ha-Gi czy felietony Stefanii Grodzieńskiej. W czasach późniejszych, „Szpilki” szczyciły się ponad 100-tysięcznym nakładem! Pamiętam je z lat 70-tych, z elitarnymi w swym charakterze rysunkami i efektowną szatą graficzną.

Nasz najlepszy tygodnik satyryczny nie przeżył nowych porządków lat 90-tych. Cóż, jeśli chodzi o czasy kapitalizmu, to Lipiński z Mintznerem radzili sobie zdecydowanie lepiej od ich następców 🙁.