Julian Tuwim w Internecie

Kim jest groźny Mieciu?

Zanim dowiemy się, o kim mowa w tytule artykułu, słówko o groźnych Mieciach z jakimi mogliśmy mieć do czynienia. Wiele osób zna powiedzonko „Kto nie z Mieciem, tego zmieciem”. Powszechnie łączy się go z Mieczysławem Moczarem – dość ponurą postacią PZPR-owskiego aparatu, który w pamiętnym roku 1968 próbował zawalczyć o władzę, stąd powiedzenie. Niektórzy odnoszą je do premiera Mieczysława Rakowskiego, choć raczej niesłusznie. Hasło to pojawiło się jeszcze raz, w latach 90-tych, gdy szarą eminencją u prezydenta Lecha Wałęsy był, dziś zapomniany, Mieczysław Wachowski.

Ale trzeba wam wiedzieć, że całkiem podobna w treści sentencja używana była już w latach międzywojennych…

Zacznijmy jednak od nakreślenia kontekstu. Na początku lat 20-tych, Skamandryci dzierżą rząd dusz w dziedzinie literatury, mając w zanadrzu czasopisma „Skamander” i „Wiadomości Literackie”. Właściwie od samego początku ich działalności, publicyści endeccy jednoznacznie określają skamandrycką twórczość jako żydowską, co najwyżej próbującą naśladować polski charakter. Pojawia się nawet kalamburowata nazwa, przezywająca rasowo „Wiadomości”: jadą Mośki literackie, brzmieniowo zbliżona do oficjalnej. W 1926 roku twórcy „Wiadomości” zdobywają się na autoironiczną odpowiedź. Pojawia się jednodniówka „Jadąmośki Literackie” – satyryczny dodatek do „Wiadomości”. W swym charakterze nieco podobna do pierwszokwietniowych dodatków do „Kuriera Polskiego” czy „Przeglądu Wieczornego”.

Tytuł Jadąmośki Literackie

Gazeta ma numer ∞ (nieskończoność), wydana jest w roku IIIII (ciekawa liczba rzymska) z datą: „Niedziela każdego lipca 1926 r.” Nagłówek obwieszcza: „Zwierciadło ironiczne współczesnej literatury polskiej i »naszej«”. Pierwszym artykułem jest wywiad z Mieczysławem Grydzewskim pod znamiennym tytułem:

„Kto z Mieciem wojuje, ten od Miecia ginie”
Wywiad imaginacyjny z redaktorem naczelnym „Jadąmośków Literackich”

Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka. Tym bardziej, że chodzi o wilka w owczej skórze. Przyszła więc kolej i na mnie. Wykręcałem się od tego wątpliwego zaszczytu, ale wreszcie i mnie honor zawodowy kazał wystawić się na pośmiewisko ludzkie. To samo kiedyś po wiedział mniej więcej Irzykowski, gdy go przyparłem do muru. A więc niech będzie wywiad, n. b. otwarcie z samy sobą, przed lustrem. Nie umiem tak jak Miller podszywać się pod własną skórę dla zamalowania oczu, więc wyłoniłem ze siebie sposobem idiotoplastycznym odpowiednie indywiduum o rysach nieco semickich, ale żeby nie było tubą, jak posługują się w swych wywiadach skamandrowcy, wyuczyłem jej paru rasowych sztuczek.

– Rasowych sztuczek? To znaczy pan mi idzie ubliżyć! – zaczęło indywiduum, to znaczy ja sam, jako swój wywiadowca.

– Uspokój się pan. Nawet w wywiadach nie zapominam o solidarności rasowej. Jako miłośnik języka i literatury polskiej muszę jednak zwrócić uwagę pana na to, że nie mówi się „idzie ubliżyć” tylko całkiem inaczej. Zwrot pański trąci ulicą Pańską.

Mój interlokutor wcale nie był na mnie oburzony. Zacne, kochane, tombakowe serce. Takie swojskie, takie nasze. Uścisnąłem mu, to znaczy sobie, dłonie po czym p. Miecio, a więc znowu ja sam, zadał pytanie :

– Co pana skłoniło, wbrew tradycjom przodków, do zajęcia się zawodowo literaturą polską?

– Od czasu śmierci Feldmana wakowało miejsce pośrednika między literaturą polską, a jej odbiorcami. Jest to stanowisko dość profitujące, jeżeli umiejętnie wziąć się do rzeczy. Można coś niecoś zarobić, a pan rozumie, czasy są ciężkie. To też pośredniczę nie tylko w Polsce, lecz prowadzę do pewnego stopnia kolportaż i handel wymienny międzynarodowych płodów ducha i mózgu, oraz sztucznych nawozów literackich. Zarzucają mi wrogowie, że zbyt mało miejsca udziela literaturze polskiej. Jest to fałsz ordynarny. Udzielam jej bowiem akurat tył miejsca, ile zajmuje ona geograficznie na obszarze kuli ziemskiej. Jak pan widzi jestem bezstronny i sprawiedliwy aż do luksusu.

– I skromny… dorzuciłem. Od czas istnienia pisma nie podpisał się pan ani pod jednym artykułem, wśród tuzinów fotografii przyjaciół pańskich, pupilów dzieci naturalnych i podrzutków, reprodukowanych en face i en mace, nie widzieliśmy dotychczas pana podobizny. Pozwoli więc pan, że w tak uroczystym dniu, kiedy dano mi oglądać prawdziwe oblicze pańskie, utrwalę je w drodze wyjątku na kliszy fotograficznej?

Redaktor zbladł lekko, później za czerwienił się jak czterdziestoletni podlotek i niebawem uśmiechnął się z przymusem:

– Ależ, owszem, tego ten, panie drogi – wyjąkał – po cóż tyle zaszczytu…? Powiedzą zazdrośnicy, że się reklamuję ten tego… hm….

– Jednak – nalegałem, ustawiają trójnóg statywu.

– Ależ panie… – jęknął cicho i spuścił oczy.

Postanowiłem wziąć go siłą albo podstępem. Ale już siły go opuszczały.

– Co to będzie? Co ludzie powiedzą? – szeptał blady jak ściana.

Uspokajałem go najsłodszymi słowami. Odporność jego miękła. Wreszcie z naj głębszym wstydem mruknął:

– Więc dobrze, ale… pod warunkiem, że… włożę… maskę, uważa pan?

– Będzie to niesłychanie oryginalne Grydzewski w masce, Wenus w futrze i tak powiem twarz zza kurtyny. Uważa pan, jak mi w tej maseczce do twarzy? Służę i proszę o wyjątkowo miły wyraz twarzy… Tylko raz…

Obiektyw trzasnął, redaktor wrzasnął (zawszeć to pierwszy raz trochę boli) i było po wszystkim. Naczelne oblicze zamaskowanego redaktora utrwalone zostało na wieki i na kliszy. Wtedy p. Miecio, to znaczy ja sam, zdjął maskę i ukazał fizjonomię wyczerpaną, rozmarzoną, ale uśmiechniętą naturalnie.

– A fajne kawał, co? – zaśmiał się srebrzyście. – Czytelnicy moi na przestrzeni od Berdyczowa do Londynu rykną z uciechy. Odbijemy ten numer w powiększonym nakładzie, przez co znakomicie nadaje się do ogłoszeń. Niech pan położy na to nacisk w swym wywiadzie i zwróci uwagę sfer handlowo-przemysłowych. Time is money, business is business.

– A propos ogłoszeń. Posiada pan tak znakomitego metrampaża, że nie sposób niewtajemniczonemu odróżnić, jaki artykuł jest reklamowy, a jaki redakcyjny. Stąd wynikają nieporozumienia i niesłuszne pretensje do pana.

– To mój pomysł. Proszę pana, literatura to bardzo delikatna branża, ale literaci to często bardzo gruboskórne typy. Nie wszyscy oczywiście, nie wszyscy. Za niektórych głowę bym dał, nie swoją oczywiście, nie swoją. Jednak wielu jest takich, w stosunkach z którymi wskazana jest wielka ostrożność. Współpracownicy, których nie jestem pewny, posiadają konto w mojej kartotece, gdzie za notowane są i odpowiednio przyprawione różne ich passusy i lapsusy. W chwil stosownej, gdy jegomość wyłamie się z solidarności, mam gotowy strzał, którego nikt się nie spodziewa, rozumie pan?

– A kepełe… Cudowny pomysł hehe, coś jak OddziałIISztabuGeneralnego.

– Właśnie. Panie, w naszych zabagnionych stosunkach artystycznych to nieoceniona broń w nagłych wypadkach. Na domiar ostrożności noszę stale przy sobie nienabity rewolwer. Nasze przysłowie mówi, że i z kija może wypuścić. To moja doraźna obrona przed nieodpowiedzialnymi osobnikami. Ale zresztą cicho siedzę w domu i głośno piszę na ulicy i dla ulicy.

– Jak to mówią, z cicha pęk, brzdęk, brzdęk i co za tym idzie.

– Czy pan uwierzy, że jeżeli tysiąc razy powie się o przeciętnym poecie, że jest znakomity, jeżeli sfotografuje się go dziesięć razy, jak to pan ślicznie po wiedział, en face i en derrière, to wreszcie ludzie widzą tę znakomitość jak na łopacie, he…?

– Uwierzę. Kogo pan najwięcej cen z pośród swych współpracowników?

– Na to odpowie panu najlepiej nasza administracja, czyli p. Boryński (dawniej Bormann). Komu najwięcej płacę, țego najwięcej cenię i vice versa, to znaczy od wiersza. Dzisiaj łatwiej o dobrego o współpracownika, a więc takiego, który nie upomina się o honoraria, niż o dobrego czytelnika, który płaci regularnie. A propos: niech pan nie omieszka zaznaczyć w wywiadzie, że najwyższy czas odnowić prenumeratę na kwartał trzeci.

Redaktor westchnął ciężko. Spojrzałem ze współczuciem na skromny gabinecik. Nic, tylko biureczko mahoniowe brązami i złotym przyborem, parę foteli klubowych, jakiś dywan perski, jakiś drugi turecki, łóżko z kości słoniowej, kilka pejzażów Ajwazowskiego, parę brązów Henryka Kohna-Kuny, spluwaczka malachitowa (dar firmy Komispol), galeria antenatów w wykonaniu firm Plakat. P. Miecio uśmiechnął się z goryczą:

– To biurko kosztowało mnie 786 złotych, oto rachunek z markami stemplowymi. Te fotele po 400 złotych sztuka, gotówką zapłacono. Ten głupi dywanik 115 dolarów, niech pan to obliczy według dzisiejszej czarnej giełdy, co? Łóżko na licytacji, niedrogo, ale nowe sprężyny. No, żegnam pana ozięble z gorącą prośbą, by pan dał ten wywiad zaraz, co?

Na schodach jeszcze raz się odwróciłem:

– Wybaczy pan niedyskrecję – szepnąłem sobie do ucha, pilnie rozglądając: – ale jak wy możecie w waszym piśmie tolerować tak przecież z natury obcych ludzi jak Iwaszkiewicz, Wierzyński…

Na to on uśmiechnął się chytrze i zniżył głos aż do brzucha:

– Hihi… Wojna przenicowała wszystkie pojęcia. Dawniej każdy Polak, nawet największy antysemita, musiał mieć „swojego Żyda”. Dzisiaj jest odwrotnie, przynajmniej w literaturze. Każdy Żyd potrzebuje mieć swoją tarczę, swój taran i baran ofiarny, swój listek wstydliwy. Dzisiaj każdy Żyd potrzebuje mieć „swojego Polaka”, co? Hihi…

Byłem już na ulicy, a on jeszcze chichotał na górze dyskretnie i miło.

Oby nie pominięto znowu tego cichego pracownika – pomyślałem sobie ukradkiem – przy najbliższym podziale orderu „Iudaea Restituta”…

Do wywiadu dołączone jest zdjęcie:

Portret Mieczysława Grydzewskiego

MIECIO
Zdjęcie amatorskie St. Pieńkowskiego wykonane w zakładach „Myśli Narodowej” według typów St. I. Witkiewicza C+H+A+Ł+A+T

Autorem chyba jest rzeczywiście Witkacy – zauważmy jak „rasowo” wykorzystał zwyczaj oznaczania kodem literowym wykonywanych portretów. Podpis nawiązuje do pewnego dogłębnie antysemickiego publicysty. Jeśli chodzi o samego portretowanego, to znana jest jego niechęć do pozowania do zdjęć i chwalenia się własnymi publikacjami, co w tekście zostało podkreślone. Może nas dziwić brak łysiny na obrazku – wszak prawie wszystkie zdjęcia pokazują Grydzewskiego łysego! Ale uspokajam czytelników: istnieją nieliczne fotografie z lat 20-tych, gdzie jeszcze włosy ma 😊.

* * *

Gazeta, jak przystało na czasopismo literackie, ma typowe rubryki, możemy np. przeczytać wiersze poetów mających zadziwiająco podobne nazwiska do tych najbardziej znanych. Mamy możliwość zaznajomienia się z wywiadem z duszą Lenina, rezydującą akurat w piekle. Znajdziemy dwie recenzje teatralne – w tym jedną z nieistniejącej sztuki Witkacego. Recenzję tę możemy znaleźć w sieci – zachęcam do przeczytania. Teraz jednak zajrzymy do artykułu, który stanowi nawiązanie/ parodię wstępniaka z pierwszego numeru „Wiadomości Literackich”:

Jadąmośki Literackie
Despekt na rok 1927

Numer niniejszy jest ostatni i pożegnalny. Rozpoczynając już prawie siedemnasty rok istnienia, „Jadąmośki Literackie” nie jadą dalej. Z zadowoleniem możemy stwierdzić, że nic nigdy nie przyrzekamy, a wszystko dajemy najzupełniej bezinteresownie. Ustawiczny rozwój pisma dziwi nas samych. Oglądając się wstecz na ogrom wykonanej przez nas pracy, na obszar literatury, zachwaszczonej samorodną grafomanią, z dumą stwierdzamy, iż nic już nam nie pozostało do roboty. Wystarczy zresztą przypomnieć, że „Mośki” skromniutko zamierzone jako stuletnik bez ilustracji na papierze i w formacie higienicznym, w ciągu nocy zolbrzymiały do

potwornych rozmiarów.

Odpowiednio wzrósł nasz nakład; rozpoczęliśmy od niecałych 10, a dzisiaj już tuż-tuż dobiegamy

3.987.679 egzemplarzy.

Dla plastycznego zobrazowania naszego bilansu kulturalnego należy dodać, że nie licząc honorariów w teatrzykach i tango-tinglach, każdy z nas zarabia kolację w Astorionomii

w ciągu 32 sekund.

Równa się to dochodom – polskiego pisarza I kategorii poborów wydawniczych w okresie 3 milionów dób, czyli więcej niż

całego życia.

Jeśli zważymy, że do każdego numeru dołączamy gratis & franco oleodruk Karola Hillera, zegarek niklowany, trzy tuziny ołówków i najzupełniej darmo artystyczne powiększenie fotografii prenumeratora, dojdziemy z niezbitą twarzą do niezbitego wniosku, iż abonowanie naszych organów duchowych jest szczerze mówiwszy, last not least, wóz lub przewóz, kup lub przekup, jakkolwiekbybądź, po prostu, właściwie i oczywiście jedyną

ucieczką od orgii wyzysku,

jedyną mądrą lokatą dolarów, funtów kłaków, i Władków Sterlingów. Prenumeracja naszego magazynu jest o 2 grosze niższa od byle czego. Pragnący przyczynić się do humoru naszych czytelników i niczek, połączonego z pewnym niepewnym ekwiwalentem materialnym, dołączamy gdzie można specjalne kartki łapichłopskie. Kto trzy razy w miejscu publicznym lub w towarzystwie licznych istot publicznych pochwali nas głośno, otrzyma

bezpłatnie

tysiąc numerów makulatury. Kto sześć razy – dwa tysiące. Kto oberwie przy tym,

milion.

Dotychczas pismo nasze ogłosiło między innemi oraz innymi utwory i autory rozmaite. Ze spisu ich wynika nowy triumf teorii względnej bezwzględności: mniejszość jest w większości; a ciemności jej nie ogarnęły.

W stałym dążeniu do udoskonalenia nieistniejących i wprowadzenia fikcyjnych działów do „Mośków” położymy w roku bieżącym większy jeszcze niż dotąd przycisk na dział polski, zaniedbując oczywiście jak dotychczas dział erenburgizmu. Drogą nam będzie, jak nigdy, sprawa ukochanej książki polskiej, złota przyszłość polskiej dziatwy, cześć rodzimej kobiety i czystość godła narodowego. Gruntownie zdeformowany będzie także dział autobibliograficzny i przekształcony na „Książki najobskurniejsze”

W dziale materialistycznym, czyli najważniejszym, ogłosimy

Konkurs

na przebudowę Alei Ujazdowskiej w guście „Literarische Siegesallee” z pobrzuszami wszystkich naszych poplecznych braci mlecznych, czyli mutermilchowych. Na rok ruski mamy przyrzeczone znakomite nowele: Juliusza Germana, Pularda Hollera-Ligockiego i błogosławionego Xawerego Półsłowskiego, oraz dwie powieści:

„Otwór profesora Rytla”

pióra wszystkożernego Stanisława Złościo Pieńkowskiego – i Rostwór Arcyksięcia Karola Huberta

„Antygryc”

dając tym samym niepoparty dowód naszej luksusowej, rozwolnionomyślnej tolerancji, która nas samych dużo kosztuje.

Na wzór innych wzorów będziemy nadal bez podawania źródła wycinać rysuneczki z „Nouvelles Litteraires” i innych sojuszniczych organów i cymbałów – i w tym celu otwieramy składkę na nowe nożne nożyce redakcyjne, które odzywać się będą tylko, jeśli kto w stół uderzy.

W pierwszym tygodniu przestępczego roku wydamy na początek numery specjalnie, poświęcone

Bazewiczowi, Bądarzewskiej i Brusiłowowi,

po czym analfabetycznie dojdziemy do Zuzanny Rabskiej.

Dotrzymawszy wszystkich poprzednich obietnic, zaraz po ukończeniu XXXI konkursu ogłosimy XXXVIII konkurs-plebiscyt:

„Kogo zrobilibyśmy Wielkim Mistrzem VII-ej Literackiej Międzynarodówki, gdyby taka a nie inna istniała?”

oraz warunki nagrody kwiprokwowo-literackiej.

Niezależnie od tego, dla pokrycia naszego zapotrzebowania papieru, będzie urządzony pierwszoklaśny konkurs

najlepszej znajomości ciastek w Ziemiańskiej

ma przestrzeni ośmiu stolików, plebiscyty

„Najordynarniejsze wyzwisko polskie w r. 1926”
„Najaryjściejszy profil poety polskiego w r. 1926”

i inne.

W roku bieżącym przyznana zostanie również Wielka Wstęga „Pro nostro bono, pro arte, studio et businesso” imienia Związku niebyłych wojskowych z okresu inwazji, pod protektoratem byłej Myśli Niepodległej.

W ścisłym kontakcie z „Literackimi Mośkami” pozostawać będzie wieczornik poetycki „Einander”, nocnik ilustrowany „Łapałapęmyje”, sobotnik „Tfu-Tfu” i miesięcznica osobliwości „Karoca”.

Właściwie wszystko to nic nie znaczy, gdyż jak się rzekło na wstępie, numer niniejszy jest ostatnim. Nic to nie szkodzi, bo między sobą mamy dość numerów.

my.

Ładny podpis: „my”. Rąbka tajemnicy, kim owi „my” mogą być, uchyla rysunek przedstawiający pasterza (Grydzewski) i podległe mu stadko (rozpoznamy tam Tuwima, Słonimskiego, Lechonia, Iwaszkiewicza i Witkacego)

Autorzy Jadąmośków Literackich w satyrycznym ujęciu

SYNTEZA POETYCKA
(rysunek buchnięty z „Crapuleux”)

Z gór stąpiwszy, trafił ów Emilio nad rzekę niegłęboką, przekroczył bez trudu i stanął na łące. Z pasącego się stada mnogie stwory podejrzane pierzchły w popłochu, różnobarwne ukazując prosteriora. Pozostałem diwaczne bestyje okoliły go: był zasię i skop julianowy i seraficki kapłon i dzikopłciowy Jaroś w paski i antolkowy królik z obciętym ogonkiem. Aliści u boku przysiadł jamnikacy, który w tęsknocie za boyowym ogierbubajem płód swój bebechowy uronił. I nie zrozumieli języka Emilowego, a on do kuźni wnijść ni drogowskazu giełdowego za narodowy uznać nie kwapił się. I posmętniał ostatni lutni rodzimej mohikanim i westchnął ciężko: „Czy jesteś, Polsko, tylko ze mną…?”

(z nowego wydania sielanki rokokowej „Pasterz zbłąkany”)

* * *

I już całkiem na koniec, złota myśl zaczerpnięta z rubryki „Złoty Osioł Aforystyczny”:

Lepszy grydz jak nic