Julian Tuwim w Internecie

Czyhanie na Boga

Od czasu Mickiewiczowskich „Ballad i romansów" był to pierwszy rewolucyjny czyn literacki, triumf dla jednych, zgorszenie dla drugich. Imię poety od razu się rozsławiło.
Aleksander Brückner

„Wiosna” z miejsca narobiła wiele hałasu, wyrywano ją sobie z rąk. Poetę oblewano błotem i jednocześnie wychwalano pod niebiosa. Zresztą dalsze wiersze Tuwima, zebrane w tomiku „Czyhanie na Boga” spotkały się z podobny przyjęciem. Nade wszystko nie mieściło się w opinii endeckiej, a była ona, niestety, przeważająca, że tak wspaniale po polsku, tak bogato może pisać Żyd.
Irena Krzywicka

Stos rękopisów dałem do oceny Leśmianowi. Ten (…) okazał się surowym i bezwzględnym sędzią. Orzekł po prostu, że wszystko, co napisałem, pozbawione jest jakiejkolwiek wartości. I żeby mnie bardziej pognębić, dał mi świeżo wydany tomik nieznanego poety, stawiając mi go za wzór. (…) Zbiorek nosił tytuł „Czyhanie na Boga”. Czytałem te wiersze i zrozumiałem, że wszystko, co napisałem było nic niewarte. (…) Po przeczytaniu zniszczyłem swoje utwory i zacząłem od początku.
Jan Brzechwa

* * *

Pierwszy tom poezji Tuwima „Czyhanie na Boga” zwrócił na siebie uwagę. Był inny.

Nie planuję tu w żaden sposób udawać teoretyka literatury i analizować wpływów, zewnętrznych nurtów, czy technik, zastosowanych przez młodego poetę. Skupię się raczej na pierwszym wrażeniu, jakiego doznałem, zaglądając do wypożyczonej z biblioteki książki, zawierającej m.in. całość pierwszego tomu. Przede wszystkim dała się zauważyć cecha, którą nazwałbym bezpośredniością. To były utwory pisane na wprost, „bez pośredników”. No i bez kompleksów, dzięki czemu dostaliśmy brutalny wiersz „Chrystus miasta”, stanowiący jeden z ważniejszych punktów tomiku. Choć z drugiej strony młodzieńcza pewność siebie wydała też manifest „Poezja”, który jakoś nie był w późniejszych latach wspominany przez Tuwima, choć wiele nam o nim mówi.

Mogę się domyślać, jak silne wrażenie na czytelnikach „Czyhanie na Boga” zrobiło w 1918 roku, skoro swą siłę zachowało do lat 80-tych, przynajmniej wobec mojej osoby. Przeczytajmy kilka różnych utworów, by sprawdzić czy czar trwa do dziś:

JA

W czerwcu, o piątej rano,
W różowej słonecznej stolicy
Idę środkiem najszerszej ulicy,
Idę środkiem najszerszej ulicy!

Jak tam jasno, jak tam daleko
Za tym mostem błyszczącym, za rzeką!
Ach, jak jasno i jak daleko!

Mocno mi, pięknie i młodo!
Pójdę mostem, nad spokojną wodą,
Potem polem, potem zielonym polem
Pójdę w dal,
Jakby upity czystym, przezroczystym alkoholem

MĄDROŚĆ

Oto jest siejba, kmiecie, oto jest siejba ziarna.
W górze jest słońce białe, a tu jest gleba czarna.

Oto jest lecha ziemi, pługami gęsto zryta,
A czas nastanie, kmiecie, i wzrośnie łanem żyta.

A to jest zwiesna, kmiecie, gdy ziarno leży w grzędzie;
A kiedy żniwa przyjdą – to tamto lato będzie.

I oto łada-młódka. A zważcie mądrze, kmiecie:
Żeną mi cudną będzie – a będzie miała dziecię.

Takoż i zboże wzejdzie, złociste i dostałe,
Bo tu jest gleba czarna, a w górze – słońce białe.

MELANCHOLIA STOJĄCYCH PRZY ŚCIANIE

Miasto też ma smutek, też ma zadumanie:
Są w nim dziwni ludzie, co stoją przy ścianie.

Stoją z pochyloną na bok głową ludzie,
Może są zmęczeni, może śnią o cudzie.

Stoją nieruchomi, w jeden punkt wpatrzeni,
Szarzy, jak szarzyzna śródmiejskiej przestrzeni.

Patrzą tępo, szkliście, jakby bez pamięci…
Nie budźcie ich nigdy: to są ludzie święci.

Święci, chociaż drzemią bezmyślnie pod płotem.
Oni nic nie wiedzą, ale ja wiem o tem.

Osobną grupą, były erotyki. Jak już pisałem w innym artykule niezwykle bezpośrednie, o dużym natężeniu emocji. One też podkreślały swoisty charakter tomiku.

WIECZOREM

Ostrą, świeżą wonią pachnie siano. Siądźmy tu, pod stogiem. Siano wyschło, chrzęści. Rozgwieździło się wspaniale niebo. Cicho. Tylko świerszcze grają: cyk-trr, cyk-trr, cyk-trr…

Zmęczył mnie dzień upalny. A teraz dobrze. Wyciągam się, ręce rozrzucam i patrzę do góry: niezliczone mnóstwo błyszczących dziurek. Rżysko, jak okiem sięgnąć, srebrno-białe… I tylko kopce siana sterczą na nim w równych rzędach.

Ciepło. Świeżo. Pachnie. Cyk-trr, cyk-trr…

Siadłaś przy mnie. Jesteś w białej sukni z wyciętym kołnierzem. Wiedziałem, że tak będzie: schylasz głowę i wonnymi wilgotnymi wargami wsysasz się w usta moje. Nie widzę gwiazd: zasłoniła mi je twoja twarz. Zamykam oczy i cały staję się pocałunkiem, czując już okrągłe, pieściwe piersi twoje na sobie i chwytając się, jak po pijanemu, twoich ramion i biódr, ramion i biódr…

I widzę znów spokojne, mrugające gwiazdy…

Oglądasz się, czy kto nie widział, poprawiając włosy lewą ręką. Prawą zaś gładzisz mnie delikatnie po policzku i czujesz lekką szorstkość golonej dziś rano brody.

BRZOSKWINIA

Słyszysz? Jest w tym słowie soczystość, jest cierpkawa słodycz rozgniecionej miazgi owocu: sok, spływający i spijany chciwie spragnionymi usty.

Mięciutka, okrągła, delikatnym puchem omszona, wabi mnie ta brzoskwinia, budzi pożądanie, chcę ją wargami pieścić, miąć w palcach lekko, pieszczotliwie gładzić i dmuchać w puszek aksamitny. Szkoda, że cała nie jest tak dziewiczo blado-różowa, jak w tym – patrz – miejscu… W brzoskwinię ciepłą, dłońmi moimi utuloną, tak miękką już, że sok lada chwila puści, wpijam się tym wszystkim, czym są usta… O, mięso kwietne! O, soku, któryś krążył w drzewie, pędzony tajemniczą Mocą Życia! Soku, którym nabrzmiał płód w cieple wiosny i słońca! Piję, piję, gniotę, wysysam!…

Czy całowałem usta twoje?

Całość tomiku można znaleźć na Wikiźródłach. Użyłem tu słowa „tomik”, ale chodzi o książkę mającą ponad 150 stron! Zawiera nie tylko bardzo różnorodne wiersze ale również prozę poetycką. Kończy się wieloczęściowym poematem programowym „Poezja” – jak zauważyłem wcześniej – już parę lat później mocno dyskusyjnym. Było i jest co czytać!

* * *

Zachęcam też to przeczytania anegdoty, opowiadającej o tym książkowym debiucie Tuwima. Opisuje on, jak „Czyhanie na Boga” zrecenzował sam Bolesław Leśmian.

WSPOMNIENIE O LEŚMIANIE
(fragment)

Miesiąca nie pamiętam, a rok był 1916. Przyjechałem do Warszawy, aby zapisać się na uniwersytet, ale pierwszą wizytę nazajutrz po przyjeździe złożyłem nie w sekretariacie uniwersyteckim, lecz w księgarni Mortkowicza: zapytać o adres Bolesława Leśmiana. Pierwszy mój spowiednik i powiernik poetycki – Staff – był w Rosji, więc przede wszystkim Leśmianowi trzeba pokazać nowe wiersze, których przez dwa lata sporo przybyło. Bo Leśmian dawno już oczarował „Sadem rozstajnym” i pięknym nazwiskiem, jeszcze piękniej obok imienia brzmiącym. Poproszę, żeby przeczytał i odpowiedział na odwieczne pytanie wszystkich początkujących poetów: czy warto dalej pisać?

W księgarni na Mazowieckiej natknąłem się na samego pana Jakuba, jak zawsze zaaferowanego, śpieszącego, zamyślonego. Ale, pamiętam, znalazł dla mnie życzliwy uśmiech, jakby przeczuwając przyjaźń, która nas potem łączyć będzie, a gdy dowiedział się, w jakim celu szukam Leśmiana, powiedział mi, że go nie ma w Warszawie. „Zresztą – dodał – pan Leśmian jest bardzo surowym sędzią”.

Poszedłem z wierszami na Zgodę, do zacnego Zdzisława Dębickiego – mniej surowego. Był tam Or-Ot. Ściskał, całował. Obydwaj bardzo chwalili wiersze, obiecali wydrukować w „Tygodniku” (dotrzymali obietnicy) – wyszedłem szczęśliwy i oszołomiony, ale… szkoda, że nie ma w Warszawie Leśmiana… Bolesława Leśmiana… chociaż taki surowy i wymagający.

Przyłapałem go dopiero po paru miesiącach – w Łodzi, gdzie był kierownikiem literackim Teatru Miejskiego.

Poszedłem do mieszkania prywatnego. Sam otworzył mi drzwi: drobny, ptasi, niepiękny, niebieskooki. Pochrząkując (zawsze pochrząkiwał, zakrywając usta maleńką rączką), wysłuchał prośby. Niespokojny, zażenowany, delikatny. Żebym przyszedł za tydzień. I pochrząkiwał, zasłaniając usta już moim kajetem z wierszami.

Wyrok był druzgocący. Po tygodniu tremy i niecierpliwego wyczekiwania dowiedziałem się, że to wszystko nic nie warte. Że to wcale nie wiersze. Że poezja to zupełnie co innego. Słowa muszą być tak zestawione, żeby niespodzianie chwytały tajemnicę. A tu nic. Mówił z trudem, sam szukając najtrafniejszych zestawień słów dla zobrazowania rozmiarów mojej klęski. Szukał ich po całym pokoju: w tym kącie, w tamtym kącie, magicznymi gestami, rzutami oczu w powietrzu, na suficie, drobnych rączek, milknący i znów… chrząkający i znów… I przerzucał stronice nieszczęśliwego owego kajetu.

…W lutym 1918 r. siedziałem w Warszawie w cukierni „Szwajcarskiej” nieprzytomny ze wzruszenia. Przed chwilą dostałem od p. Łazarskiego na Złotej pierwszą korektę „Czyhania na Boga”. Robiłem ją drżącymi rękami, niewprawiony jeszcze w tę typograficzną algebrę. Maczałem pióro raz w kałamarzu, raz w pół czarnej…

– Można?

Podnoszę rozgorączkowane oczy: Leśmian.

– O, tak, naturalnie, bardzo proszę…

– Korekta?

– Tak właśnie… wydaję tom wierszy i właśnie…

Zaczynam przytomnieć i chmurnieć: przypominam sobie naszą łódzką rozmowę. I robi mi się strasznie na duszy. Powiedział mi przecież wtedy, że to nic nie warte, a ja przez jakiś głupi upór jednak książkę wydaję. Luty, który jeszcze przed chwilą zawiewał przedwiośniem, stał się beznadziejną, głęboką zimą, zasypaną śniegami nie do przebrnięcia. O, jak ciężko! O, jak smutno! Siada, pochrząkując. Niespokojny, zażenowany, delikatny.

– Można zobaczyć?

Bierze drobną rączką korektę, głowę na bok przechyla i zaczyna czytać, daleko od oczu trzymając arkusze. Czyta jeden wiersz, drugi, trzeci… Drżę… Wytężonymi oczami błagam go o zmiłowanie… Pochrząkuje, przewraca stronice… Czwarty wiersz już czyta… Piąty… Szósty…

I nagle zaczyna się śmiać. Zdrętwiałem. Śmieje się serdecznie, wesoło, cały się trzęsie ze śmiechu, pokrzykuje: „a! a! a!” – Panie! – woła rozradowany, przerzucając głowę z boku na bok i machając rytmicznie drobną rączką. – Panie! przecież to cudowne! A! a! a! – i śmieje się jak dziecko.

Nic nie rozumiem.

– Panu się doprawdy podoba? A przecież to te same wiersze, które panu wtedy w Łodzi zostawiłem do przeczytania…

Zamilkł. Rzuca oczy na sufit, za okno, na ladę. Pół obrotu głową: podbródkiem w krawat i w górę na lewo. Popatrzył na mnie niebieskimi w czerwonej oprawie oczami, pochrząkał sobie parę razy i powiedział szeptem (niespokojny, zażenowany, delikatny):

– Niech mi pan wybaczy. Przecież ja wtedy nawet nie zajrzałem do pańskiego kajetu.